Do repertuaru Wrocławskiego Teatru Komedia wszedł nowy spektakl – „Z Twoją córka? Nigdy!” czeskiego dramatopisarza Antona Prochazki. Na nowej scenie ATM dzieją się takie rzeczy… że nie można ich po prostu przegapić. A jeśli jeszcze ktoś nie widział Wojciech Dąbrowskiego przebranego za małpę, a Beaty Rakowskiej i Oli Zienkiewicz w stroju… dużo bardziej ekstrawaganckim od szlafroka, to koniecznie musi to zrobić.

sabina misakiewicz

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Taki wniosek można wyciągnąć po obejrzeniu spektaklu Wrocławskiego Teatru Komedia „Z twoją córką? Nigdy!”. Tym złem jest tu kryzys wieku średniego, niedomówienia, brak porozumienia i przepływu informacji . Wszystko to sprowadza masę kłopotów na bohaterów sztuki. W tyglu przekomicznych sytuacji  gotuje się małżeństwo Koukolików (grane przez Kingę Zabokrzycką i Wojciecha Dąbrowskiego), Szimandlów (Beata Rakowska i Jan Węglowski), Sandra – córka Koukolików (Ola Zienkiewicz), jej narzeczony Robin (Michał Koterski), oraz pan złodziej –  Czeniek (Łukasz Płoszajski).  Około dwugodzinny spektakl nie pozostawia widzowi ani chwili na nudę. Nie ma przerwy w zabawie, a aktorzy są wprost znakomici w swoich kreacjach.

Historia z pozoru zwyczajna,  jak wiele pisanych przez życie. Jednak nie w każdej historii można odnaleźć tak soczyste i pełne dowcipu dialogi, sytuacje, które wymykają się spod kontroli i tak zabawnych bohaterów. Moje serce skradł Jan Węglowski, wrocławski satyryk, kabareciarz, autor piosenek i słuchowisk radiowych, który ukazuje nam się na scenie  w koszuli nocnej i szlafmycy na głowie. Jego urok polega na tym, że on po prostu jest.  Metamorfoza, jaką przechodzi w czasie spektaklu pokazuje nam, że czasem w zapiętym pod szyję sztywniaku, drzemie olbrzymie i namiętne serce. Zaś Beata Rakowska zaskakuje żywiołowością i w jednej z ostatnich scen, w której odkrywa swoją dawno pogrzebaną kobiecość udowadnia, że dla aktorki z takim doświadczeniem, nie trzeba zbyt wiele, by  otrzymać gromkie brawa. Para Zabokrzycaka i Dąbrowski zaskarbili sobie moją sympatię od pierwszej sceny, kiedy to Dąbrowski ukazuje nam się w pełnej krasie w… małpim przebraniu. Później było coraz lepiej. W jednej ze scen znakomita Zabokrzycka w parze z Rakowską doskonale opisuje kobiece relacje, troski i marzenia przerywane gromkim śmiechem. Jej niewątpliwy komediowy talent ze sceny na scenę staje się bardziej widoczny. Świetnie poradzili sobie Ola Zienkiewicz i Michał Koterski debiutujący na scenie teatru. Sceniczna Sandra nie odstępowała kroku doświadczonym i obytym ze sceną aktorom. Największym chyba zaskoczeniem i wzbudzającym najgłośniejsze salwy śmiechu tego wieczora okazał się Łukasz Płoszajski. On nie musiał nic mówić. Wystarczyło, że pokazał się,  a widownia już śmiała się do łez. A kiedy się odezwał, już był ulubieńcem publiczności. Nie da się nie  wspomnieć o świetnej parze tancerzy, którzy w przerwach pomiędzy scenami z klasą zmieniali scenografię przy piosenkach czeskiego piosenkarza Karela Gotta. Jednym słowem: wyśmienicie!

Ogromne brawa należą się całemu zespołowi. Ale w szczególności reżyserowi Wojciechowi Dąbrowskiemu oraz tłumaczowi sztuki Prochazki – Janowi Węglowskiemu. Gdyby nie on, nie byłoby tych wszystkich smaczków językowych i pełnych dowcipu dialogów. Pomysł znakomity, sztuka prześmieszna, obsada jakiej można pozazdrości i pełna widownia. Wszystko to, pracuje na sukces murowany.

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcie | Daniel E. Groszewski