Sabina Misakiewicz: Czy warto wierzyć? [FELIETON]

To, że zbliżają się święta wiadomo już na początku grudnia. Sklepy zmieniają dekoracje wystaw, na ulicach pojawiają się świąteczne lampki, a stacje radiowe grają „Last Christmas”. Najpiękniejsze życzenia i wykonanie tej znanej piosenki usłyszałam kilka dni temu. I tak naprawdę to ono, nie to puszczane w radiu sprawiło, że poczułam świątecznego ducha.

Pewna moja dobra znajoma, z która żyję w symbiozie od 36 lat, zwykle w „służbową” Wigilię starała się brać dzień wolny. Zwyczaj składania sobie życzeń w dużym skupisku mało znanych ludzi nie przypadł jej do gustu. Fałszywe uśmiechy, nieszczere życzenia i obcałowywanie z prawie obcymi ludźmi przyprawiały ją o niepotrzebne mdłości. Czego Ci życzyć kochana? Pociechy z dziecka, męża, pasa. Miłego kochanka. I te pe i te de. I te pe i te de. W takich sytuacjach łatwo strzelić sobie w stopę źle dobranymi słowami. Szczególnie gdy kogoś zbyt mało się zna. Osobiście tego doświadczyłam, kiedy to w nowej pracy, niezamężnej koleżance takie mniej więcej życzenia złożyłam. No cóż poradzić. Czasu nie cofnę. Wiedziona pamięcią i doświadczeniem unikam tego typu sytuacji. Parę dni temu jednak zdarzyło coś, co być może będzie miało wpływ na moje przyszłe uroczyste świąteczne spotkania.

Raptem parę miesięcy temu podjęłam się trudnego zadania. Zachciało mi się spełniać marzenia i rozpoczęłam kolejne studia. Ku niezadowoleniu i zdumieniu wielu osób. Nic to Baśka! – mawiali Wołodyjowski i mój tata, mając na myśli, że nie trzeba się zbytnio przejmować tym, co ludzie powiedzą. I nie przejmując się i nie spoglądając na innych z ogromną satysfakcją uczę się nowych rzeczy, poznaję mądrych i inspirujących ludzi. Jak na studentów artystycznej uczelni przystało zorganizowaliśmy jasełka. Piękna drewniana szopka, maleńki Jezusek, Maryja, Józef, Herod, Śmierć i Diabeł. Ciche dźwięki dzwonków i nasz śpiew. Magia chwili i gula w gardle od wzruszeń i radości. To nic, że jeszcze się dobrze nie znamy. Jeszcze się docieramy. Każdy z nas jest inny. Związek ten jest trudny, ale nie niemożliwy. Jesteśmy wspólnotą, która uczy się siebie nawzajem, a przy tym wspiera się i szanuje. Wspólnota, wspólnotą, a ja, jak to ja. Dzikie koty zawsze chadzają swoimi ścieżkami. Nie byłabym więc sobą gdybym nie dała nogi w czasie oficjalnego składania sobie życzeń. Uciekłam do kuchni podgrzewać pierogi. Chciałam się za tymi pierogami schować. Oddzielić od emocji oczkami tłuszczu z barszczu i grzybami z bigosu. Nie udało się. Zostałam znaleziona i obdarowana pięknymi, prostymi życzeniami, które przywróciły mi chęć do dzielenia się opłatkiem i dobrym słowem. Później stałam przez chwilę ukryta za drzwiami i przyglądałam się uśmiechniętym i wzruszonym twarzom. Całej atmosferze  wigilijnego stołu. Czułam zapach gałęzi i pomarańczy, który miał jakąś niesamowitą i oczyszczającą moc. Nie wiem, może dzięki niej, a może dzięki  pięknemu głosowi koleżanki śpiewającej Last Christmas jeszcze mocniej poczuliśmy jedność, która gdzieś tam po ciuchu kiełkowała.

Jest taka myśl, która powraca do mnie zawsze w okresie świątecznym. Myśl o tym, czy warto wierzyć? I w co wierzyć? I wiem, że to, co teraz napiszę, jest dla wielu oklepanym frazesem, ale mam to gdzieś. Nie ma nic piękniejszego niż wiara w drugiego człowieka. Wiara w to, że czasem wystarczy zwykłe spojrzenie czy uścisk ręki. Że nie potrzeba wielkich słów, by dać komuś to, czego potrzebuje. A czasem potrzebuje poczucia jedności. Poczucia przynależności. Związku, który wśród przypadkowo zebranych ludzi, często jest silniejszy niż stare przyjaźnie. Wspólnoty, która stoi za sobą murem. I ma serca pełne nadziei.

I tego Państwu w ostatnim tegorocznym felietonie życzę.

Autor | Sabina Misakiewicz