Sabina Misakiewicz: Gdyby żył Bareja

Absurdy, które dotykają mnie i miliony innych ludzi wprawiają mnie w jakieś odrętwienie umysłowe. Mam wrażenie, że zamiast znajdować się XXI wieku w Europie, przeniosłam się w czasie. Absurdy w filmie, to ja się zgodzę. Ale żeby tak w normalnym życiu, to ja nie chcę.

Wszędzie, gdzie się człowiek nie odwróci, to dostaje w twarz absurdem żywcem z Barei wyjętym. Weźmy na przykład taką sytuację z dzisiejszego poranka: żeby zarejestrować do lekarza pediatry chore dziecko trzeba zadzwonić do przychodni około 7.30. Dzwoniłam, więc dzisiaj od 7.20 do 12.30. Kilkanaście razy włączył się automat z informacją, co powinnam przygotować do rejestracji, że rozmowa będzie nagrywana i że o zapisie decyduje kolejność zgłoszeń. Po czym automat się rozłączał bez podania powodu. To ja powinnam nagrywać te bzdury! Kolejnych kilkanaście razy linia była zajęta. Następnie nikt nie odbierał telefonu, przez co najmniej 10 sygnałów. I tak w kółko przez parę godzin. Tym sposobem matka, czyli ja, doznała cudownego ozdrowienia z chęci pójścia do lekarza z chorym dzieckiem i poszła do apteki po syrop i lek przeciwgorączkowy. A dziecko? Może jutro uda nam się wbić w jakiś sygnał, którego do tej pory nie usłyszałam w słuchawce.

Następna rzecz, która jest dla mnie niewiarygodna. Kilka dni temu przeczytałam artykuł o nowych dowodach osobistych, na których nie będzie już podany adres zameldowania. Przepis ma wejść w życie w marcu tego roku. Ale, hola, hola… nie ma się, co cieszyć… bo niestety ustawodawca nie zdążył znieść obowiązku meldunkowego. Co to oznacza? Otóż to, że bez informacji o miejscu zameldowania w dowodzie przeciętny Kowalski niczego nie załatwi. Ani nie przerejestruje samochodu, ani nie załatwi kredytu, ani nie wyrobi prawa jazdy. Jeśli będzie chciał jednak tego dokonać będzie musiał udać się do miejsca zameldowania po zaświadczenie, które kosztować ma jedyne 17 złotych (ważne przez 3 miesiące). I teraz tak sobie myślę, że, po jaką cholerą w takim razie zmieniać ten przepis, jeśli ma on nam, zwykłym ludziom więcej utrudniać niż pomagać? I przychodzi mi do głowy jedna odpowiedź. Chyba  dla pieniędzy!

Dla pieniędzy pewnie też Poczta Polska zrobiła mnie w balona. Tydzień temu wysłałam w pewne miejsce ważny dokument listem poleconym priorytetowym, by dotarł na czas bez żadnych przeszkód. Okazało się, iż list z dokumentem nie dotarł. Poszłam więc na pocztę, by rozwiać swój niepokój, bo dokument ważny, w pewnym miejscu się niecierpliwą, bo wstrzymuje to ich działania, i tak dalej i tak dalej. Na poczcie miła pani w okienku poinformowała mnie, że list nie został odebrany w terminie przez adresata. I szlag mnie wtedy trafił natychmiast, bo wiem, że adresat czekał, a gdyby nie czekał, to dostałby awizo, którego nie dostał. Pani powiedziała też, że dokument cały i zdrowy ma wrócić do mnie. I ja będę musiała znów iść na pocztę, znów wystać w kolejce i znów zapłacić 5,50 zł za list polecony priorytetowy, żeby dotarł na miejsce bez przeszkód.

Czy nie są to piękne absurdy? Bareja pewnie zrobiłby z nich niezły film. A może Paranienormolni po znajomości jakiś skecz wyprodukują? Na przykład pod tytułem: przychodzi baba z dowodem na pocztę zadzwonić po lekarza.

Autor | Sabina Misakiewicz