„Krzywiryjek” Roberta Jarosza, to spektakl otwierający sezon we Wrocławskim Teatrze Lalek.  Po jego sobotniej premierze niestety nie zostało mi  nic, prócz mojego skrzywionego nieco ryjka i balonu w ręce syna, który pękł niczym bańka mydlana moich oczekiwań.

Po rozmowie z reżyserem spodziewałam się na scenie nie lada analizy problemu, który wstyd się przyznać, ale dotyczy także i mnie. Bardzo chciałam wiedzieć jakimi metodami Jarosz dokonał rozpracowania zagadki zatrzymywania czasu w klatce zdjęcia bez niechęci ze strony naszych pociech. Czy mamy prawo zmuszać je w trakcie najfajniejszej zabawy do uśmiechu, tylko dlatego że chcemy uwiecznić jakąś chwilę? W dobie wszechobecnych telefonów z kamerami i aparatami rzeczywiście można zgłupieć. Zamiast wspólnie się cieszyć za wszelka cenę chcemy mieć dowód na to, że nasze dziecko jeździ na wielbłądzie, trzyma za ogon lwa lub wita się ze znanym sportowcem. Przyznam, że sama nie raz byłam w podobnej sytuacji i nie raz mój syn złościł się mówiąc, że jestem okropną mamą, bo przerywam mu zabawę jakimś głupim zdjęciem. Przychodząc na „Krzywiryjka” byłam więc pełna oczekiwań.

Zaczęło się niezbyt zachęcająco od przydługiego monologu szaro-burej pani, której nikt nie słuchał. Niestety widzowie wciąż jeszcze zajmowali swoje miejsca, ktoś świecił telefonem, ktoś kogoś podsiadł… Cała ta otoczka nie pomagała w skupieniu się na przekazie. Kiedy do akcji wkroczyła trójka kolorowych klaunów atmosfera jakby się ożywiła, a dzieci wesoło reagowały. Niewiele jednak było tu prawdy scenicznej, którą można kupić widza. Przynajmniej takiego, jak ja. Czekałam na dalszy rozwój wydarzeń obserwując reakcję mojego syna. Były marne. Raz po raz spoglądał na mnie jakby czekając na znak, że teraz może się śmiać. Pojawienie się na scenie dwójki bohaterów ojca i syna, nieoczekiwanie zatrzymało rozwijające się emocje widowni, a ja zaczęłam się poddawać. Nie porażali ani swoją wzajemną miłością, ani brakiem porozumienia. Zbyt letnio okazywali sobie emocje i te dobre i te złe, aby mały widz mógł zrozumieć sedno problemu. Podczas pierwszego aktu starałam się jeszcze wyłapywać jakieś życiowe mądrości, które zostaną w sercach dzieci i rodziców po zakończonym spektaklu. W drugim odpuściłam. Może niepotrzebnie spodziewałam się zupełnie czegoś innego niż to, co zobaczyłam. Może powinnam przyjść, obejrzeć bajkę i wyjść? I ja i dzieci jednak czekaliśmy na jakieś wielkie „łał”, którego niestety nie było. No może poza małym wybuchem jednego z rekwizytów, który zgodnie z zamierzeniami ożywił nieco znudzoną czekaniem widownię. Życiowe mądrości wygłaszane przez bardzo starającą się Kamilę Chruściel, okazały się być moralizatorskim zlepkiem słów niezrozumiałych dla dziecięcej widowni. Klaunada w wykonaniu Marty Kwiek, Edyty Skarżyńskiej i Marka Tatki śmieszna, jednak momentami zupełnie bezbarwna. Ojciec-Król Marka Przepiórki i syn-Krzywiryjek Grzegorza Mazonia też mało przekonujący. Jakby oderwani od całości. A na dodatek wszystko to przyprawione muzyką, jak z koszmarnego wesołego miasteczka, a nie z lunaparku pełnego radości, śmiechu i zabawy. A wesołe miasteczko? Ani prawdziwej karuzeli, ani prawdziwej strzelnicy, ani nawet waty cukrowej. Szukałam więc tej niewidzialnej magii spektaklu dopiero po wyjściu z teatru. Bardzo chciałam ją znaleźć. Pytałam nawet syna czy ją widział. Analizowałam fragment po fragmencie. Nie znalazłam. Czego zabrakło? Otóż wszystkiego po trochu. Śmiech? Owszem, były może dwa, a może trzy momenty, kiedy śmiałam się najgłośniej z całej sali. Niestety oprócz mnie nie śmiał się wtedy prawie nikt. Nawet dzieci. A to przecież bajka dla nich. Radość? Raczej pewien rodzaj ulgi, że już ten Krzywiryjek nie będzie miał problemów z tatą, co to nawet nie wie, ile jego dziecko ma lat. Zaskoczenie? Niestety nie. Nawet nie zdziwiło mnie kiedy w spektaklu pojawił się wątek prosto z telenoweli brazylijskiej, który tu pominę, by nie zdradzać czytelnikowi zakończenia. Wzruszenie? Nie było go wiele. A nie mam nieczułego serca. Co poczułam najmocniej? Zawód. Tak. Zwyczajnie się zawiodłam Panie reżyserze. Ale ja jestem duża, jakoś to zniosę. Tylko proszę mi obiecać, że kolejne Pana bajki chwycą za serce. I mnie i małych widzów.

Autor | Sabina Misakiewicz