Sabina Misakiewicz: Improwizacje #3

Czy widział ktoś kiedyś reżysera, który wraz dyrektorem teatru przemawia do widzów z drabiny? Nie? Od takiej właśnie przemowy rozpoczęły się bowiem marcowe Improwizacje pomysłu Agaty Dudy-Gracz. Zadziwienie przybyłych było ogromne.

Foyer przy Scenie Ciśnień pękało w szwach. Jednak nie tylko od publiczności. Znalazło się w nim bowiem 250 rekwizytów z przeróżnych spektakli wyjętych z magazynów Capitolu. W swojej „drabiniastej” przemowie tłumaczonej na „język nieznany” przez dyrektora Konrada Imielę, Duda-Gracz poinstruowała widzów by wchodząc do sali zabrali z sobą po jednym rekwizycie. Miało to duże znaczenie dla improwizacji, których tytuł brzmiał: „Jury”. Dzięki rekwizytom każdy z obecnych mógł głębiej wejść w budującą się opowieść o pewnym mieście, pewnym konkursie, i niepewnych tego, co tu robią, jurorach. Tym razem pomysł Improwizacji był dość rozbudowany. Począwszy od wejścia widzów przez boczne wejście, poprzez fakt, iż aktorzy grali na widowni a widownia siedziała na scenie, aż do momentu, w którym wśród zapowiedzianych improwizujących zaczęli pojawiać się niespodziewani przybysze. Głównymi aktorami marcowego spotkania byli Dorota Kolak, Tomasz Schimscheiner, Grzegorz Damięcki, Cezary Łukaszewicz, Adam Skrzypek (dbający o instrumentarium w postaci waltorni, kontrabasu, gitary i akordeonu), a także wyskakujący, jak królik z kapelusza Konrad Imiela, Justyna Szafran, Adrian Kąca, którzy chcieli wziąć udział w konkursie (każde w innym), Tomasz Wesołowski aktor bezzadoaniowy pojawiający się nie wiadomo po co, niczym duch oraz Tomasz Wysocki, chcący odzyskać żonę Gienię. Pierwszy, idąc tanecznym krokiem pojawił się Cezary Łukaszewicz. Nieco później nieoczekiwanie, jakby spod ziemi dobiegł głos Grzegorza Damięckiego, aż wreszcie on sam. Dorota Kolak i Tomasz Schimscheiner weszli dość ostrożnie. I w tym momencie losy czwórki aktorów splotły się w abstrakcyjny świat, w którym każdy z nich miał inne zadanie do wykonania. Gienia – Kolak choć wciąż mdlała i niczego nie rozumiała, był bardzo zdeterminowana do tego, by odejść od swego ślubnego nieudacznika Grzesia (Schimscheinera). Ten zaś robił wszystko, by do tego nie dopuścić. Damięcki czyli Karol Maria, który obudził się pod fotelami nie wiedział gdzie jest i w jakim konkursie juroruje. Łukaszewicz (Felek) próbował błyszczeć intelektem, jednak Felek, nie zawsze może stać się Feliksem.

Opowieść pięknie się plotła, publiczność śmiała do łez, a aktorzy dwoili i troili w swoich improwizacjach. Czuli się nawzajem, szukali relacji. Co było w tym piękne? Że nie było gwiazdorzenia. Że w rzeczywistości nie był to konkurs ani na najlepszego aktora, ani na najlepszy żart. Było to zderzenie talentów, osobowości, ludzi ceniących innych mistrzów teatru i inaczej rozumiejących czym jest materia, której nie da się opisać w dwóch słowach, a która zachwyca nas od wieków i bezustannie zmienia. Ta pokręcona menażeria postaci bawiła capitolowych gości przez dobre półtorej godziny. Aż wszystko dobrze się skończyło. Gienia pocałowała Grzesia, publiczność przeszła ze sceny na widownię. Zgasło światło i zniknął absurdalny świat zaserwowany nam przez Dudę-Gracz. Za miesiąc kolejna dawka emocji i magii, na którą radzę już kupować bilety.

Do zobaczenia.

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcia | Marek Maziarz / BTW Photographers