Sabina Misakiewicz: Improwizacje # 5

Improwizacje stworzone przez Dudę-Gracz w Krakowie, po bez mała 10 latach trafiły do Capitolu. I chwała jej za to. Za każdym razem widownia pęka w szwach, bo wszyscy choć przez chwilę chcą doświadczyć magii, jaka rodzi się w trakcie improwizowania.

Tym razem, już piątym na Scenie Ciśnień gościli Ewa Dałkowska, Justyna Wasilewska, Cezary Studniak, Łukasz Wójcik i Bartek Gelner (nie wiedzieć czemu, jego nazwisko komputer uparcie zmieniał na „kelner”) . „Sen, nie sen” : taki tytuł nosiły majowe improwizacje i były najtrudniejszymi do przeprowadzenia. Autorka projektu zaplanowała bowiem by wymyślone przez nią postaci mogły tylko śpiewać. Stojąca na scenie choinka, padający śniegi i stół ustrojony do Wigilii wprowadzały uroczysty klimat. Jednak coś wisiało w powietrzu. Atmosfera była lepka i gęsta. Jakby zaczerpnięta z Ibsena czy Bergmana. Wszyscy czekali. Widzowie na rozwój sytuacji, a aktorzy aż uruchomi się w nich postać, którą mieli za zadanie wykreować. Miałam wrażenie jednak, że  początkowo zamarli, że nie ma w nich życia.  Długa cisza i brak jakiegokolwiek działania sprawiały, że obawiałam się, że będą to najkrótsze improwizacje świata. A Duda Gracz lada chwila zgasi światło.  Jakby za pociągnięciem czarodziejską różdżką sytuacja się zmieniła i przed widzami zaczął dziać się prawdziwy teatr.

Wigilia, sen nie sen, rodzina przy stole: Matka (Ewa Dałkowska), Córka (Justyna Wasilewska), Ojciec (Cezi Studniak), Kochanek córki (Bartek Gelner) i Muzyk-Smutek (Łukasz Wójcik), nadający rytm i kolory tej dramatycznej historii. Z daleka niby wszystko było do przyjęcia. Niby Wigilia,  ale jak się bliżej przyglądało, … to w talerzach nie było barszczu, pierogów, kompotu z suszu w kielichach. Wszędzie była ziemia. Ziemia. Ziemia, którą może powinni byli zjeść, a może wypić? Ziemia, która jest dla jednych symbolem grobu i końca, a dla innych początkiem i życiem. Ale przecież to był  tylko sen. Sen opowiadający o samotności, braku zrozumienia, tęsknotach i potrzebie wspólnoty. Z każdą chwilą sytuacja przy stole stawała się bardziej niepokojąca. Na biały obrus wylewały się żale i wysypywała ziemia. Szkło się tłukło i pękały drobne nici rodzinnego porozumienia. Rozgrywał się prawdziwy dramat.

Spiritus movens tej wigilijnej smutnej opowieści był Cezary Studniak. Jego doświadczenie sceniczne i ogromny talent wysoko ustawiły poprzeczkę. On nadawał ton wyśpiewywanym słowom, a rymy piosenek sypały się jak śnieg na ten wspólny stół. Śpiewali więc, Studniak i Wójcik i Wasilewska.   Ukulele i ona na kilka chwil stały się jednością. Mówiła dźwiękami i poruszała jak kobieta guma z najlepszego cyrku. Wyginała się na wszystkie możliwe sposoby.  Wspinała po drabinie, po Studniaku i Gelnerze. Wzruszała i rozśmieszała budując ciekawe i głębokie relacje z partnerami. Ewa Dałkowska niestety była ciągle trochę z boku, z dużym dystansem. Dawała jednak poczucie czuwania nad sceniczną rodziną. Niczym kwoka zgarniająca pod skrzydła swoje kurczęta. Ale to Studniak zdobył tron! On królował w tym śnie, nie śnie.  Podejmował każde rzucane mu wyzwanie. Dał na sobie jeździć, jak na koniu, pokiereszował szkło, dźwigał na swych barkach Wasilewską i Gelnera (dosłownie). Przez długi czas najsłabszym ogniwemwśród improwizujących był Gelner. Starał się nadążać za sytuacjami, jednak udało mu się to tuż przed końcem, kiedy to w charyzmatycznie przejął pałeczkę wodzireja. Całe to sceniczne „dziejstwo” przepięknie kolorował dźwiękiem Łukasz Wójcik.

Na oczach widzów powstał wzruszający i dowcipny spektakl. Fakt, start był trudny. Przykrył go jednak czarodziejski rozwój sytuacji i zakończenie utrzymane na wysokim C. Szkoda, że to wszystko  jest jednorazowe.

Autor | Sabina Misakiewicz

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMoc(k) z Breslau
Następny artykułEwelina Zambrzycka-Kościelnicka: Nie odkładaj myślenia na później
Pedagog, dziennikarz i animator kultury. Zakochana w teatrze. Jako reżyser postawiła pierwsze kroki, jednak wciąż uczy się chodzić. Swoimi tekstami dodaje teatralnym wydarzeniom emocjonalnego wymiaru i piękna.