Ledwie się zaczęły, a już zamykają za sobą drzwi. „Szlus z labą”, „Powrót do tyry”… takie wpisy widuję na znanym portalu społecznościowym. Ale hola, hola… Ja jeszcze nie wróciłam. Ja się jeszcze nie nacieszyłam… Ja głowę mam ciągle pełną gór, ruin zamków i słońca. A w pamięci Krajewskiego z Bator, Gainsburga Simmons i Witkowskiego wespół z Jelinek.

Banalnie to zabrzmi, ale wszystko co dobre… i tak dalej, i tak dalej.  Wracałam z urlopu autobusem relacji Przemyśl – Wrocław. Wyjechałam o takiej porze, o której podczas urlopu zwykłam się kłaść. A bo to dobra książka, a maraton filmowy, a ładnie słońce wstaje. Tak więc pierwsze trzy godziny podróży przespałam. Kolejne zapowiadały się ciekawie od momentu, w którym zobaczyłam, jak na pokład środka transportu zwanego autokarem wsiada pani z psem. I chciał nie chciał, w głowie usłyszałam Miauczyńskiego: „i ja już wiem, że ten pies będzie siedział obok mnie”. Nie myliłam się. Zasiedli. Pan z kraciastą siatą, wyładowaną wiktuałami i pani z psem. Próbowałam się nie gapić, bo w sumie pies jak pies… Choć w autobusie pierwszy raz psa zobaczyłam, więc jednak się gapiłam. Pies jak pies. Szczekał. Nic dziwnego, też bym szczekała, gdyby ktoś założył mi szelki, zwinął w kłębek i opatulił kocem. Szkoda psa, ale mimo żalu szczekanie mi przeszkadzało. No trudno. Wsadzałam więc nos głębiej w lekturę. Koniecznie chciałam już wiedzieć, co dalej w „Zbrodniarzu i dziewczynie” Witkowskiego. No nie! Nie dawało skupić się na akcji. Pies warczał, pani paplała przez telefon, a pan wciąż odkręcał i zakręcał termos. A ten, jakby na złość skrzypiąc zagłuszał i panią i psa. Czysta proza. Wszystkie brzydkie wyrazy świata cisnęły mi się na usta. Klęłam już wewnątrz siebie cienkim głosem Michaśki. No bo do diabła czytałam piaty raz tę samą stronę i nijak nie mogłam przebić się dalej. A tam taka akcja… Utknęłam na dobre. W lektorium biblioteki. Tam Michaśka czekał na brygadę antyterrorystyczną mającą złapać zbrodniarza. Zamknęłam oczy i w wyobraźni widziałam już tych chłopaków ze spluwami w moim autobusie. Wstyd się przyznać, ale w wyobraźni, podkreślam, dużo się zmieniło w sytuacji panującej na pokładzie. Telefon pani przez okno, pies…też pani… też przez okno. No i termos pana również. I cisza. Niestety ta nastąpiła dopiero w domowych pieleszach. Książkę już prawie kończę. Tego zbrodniarza jeszcze nie złapali. Jeszcze tylko sto stron. Sto stron wakacji. Delektuję się nimi, bo nikt mi nie szczeka nad głową.

Autor | Sabina Misakiewicz