Sabina Misakiewicz: Kultura w teatrze

Nie oglądam telewizji. Prawie wszystko czego potrzebuję mogę obejrzeć w sieci.  Nawet spektakle teatralne.  Jednak teatr, do którego mogę pójść, poczuć jego zapach, mieć żywy kontakt z aktorem jest dla mnie czymś wyjątkowym. Magicznym. Niestety moja przedostatnia wizyta w tym niezwykłym miejscu sprawiła, że na moment  magia zniknęła.  A wszystko przez spóźnialskich.

Odkąd pamiętam w domu mi powtarzano, że bardziej wypada spóźnić się na swój ślub niż do teatru. Na swój ślub niestety się nie spóźniłam, choć chyba powinnam była, a do teatru mi się nie zdarza. Czasy są dziwne. Wszystko bardzo szybko ewoluuje. Może kultura zachowania w teatrze uległa zmianie?  Bez mojej wiedzy.  Może ja coś przeoczyłam? A może weszłam już w taki wiek, że się zwyczajnie czepiam? No ale jest o co. Otóż spektakl powinien był rozpocząć się o godz. 19. Nie rozpoczął się o 19.00,  ani o 19.05, ani nawet o 19.10. Kilka dzwonków, które zwykle zapowiadają moment wygaśnięcia świateł, tym razem zapowiadały coś zupełnie innego. Dzisiaj mam wrażenie, że to był alarm, ostrzegający mnie przed tym, co miało wydarzyć się tamtego wieczora. Światła długo nie gasły, ja się niecierpliwiłam, spóźnieni widzowie wchodzili i wchodzili i wchodzili. Jakby się wszyscy z jakiegoś worka nagle wysypali. Patrzyłam na zegarek, minuty mijały, a spektakl wciąż nie mógł się rozpocząć, bo spóźnieni próbowali się usadowić. Kamień spadł mi z serca, kiedy już im się to wreszcie udało. Wzięłam więc głęboki oddech, by wyciszyć umysł. Aż tu nagle otworzyły się drzwi i przy świetle latarki znów ktoś się przekradał między rzędami. A później usadził się właśnie przede mną. No nie. No po prostu nie. Czułam dokładnie to samo, co Adaś Miauczyński w „Dniu świra”, który siedząc w przedziale pociągu zauważa na korytarzu panią z pieskiem i już wie, że ten pies będzie siedział obok niego. Znów starałam się skupić na tym, co na scenie. Znów uspokajałam oddech. Nie na długo niestety. Gdyż… pewien młody człowiek sapiąc wpadł do sali. Zupełnie niczym nieskrępowany. Ani tym, że spóźnił się o dobre 20 minut, ani też tym, że później ciągle zmieniał miejsce i przeszkadzał. Mnie. W moim rzędzie. Przedostatnim rzędzie. Do którego usiadłam, żeby nikt mi się nie przeciskał przed nosem. Przeciskał się. On. Młodzieniec. W krótkich spodenkach. Sapiąc. A jakby tego było mało, nieustannie bujał się w fotelu, co powodowało, że razem z nim bujał się cały rząd.  I ja. Uprzejmie zwróciłam młodzieńcowi uwagę, że spektakl trwa już od dłuższego czasu, a jego zachowanie rozprasza widzów. Czyli mnie. Popatrzył na mnie, jak na idiotkę, a ja na niego,  jakby w jego wypadku ewolucja nie zadziała.  Ale czy ja powinnam uczyć kultury w trakcie spektaklu? Ja nie po to do teatru chodzę. Ja do niego chodzę, żeby z kulturą obcować, a nie natykać się na jej brak.

 

Autor| Sabina Misakiewicz