Koncert promujący najnowszą produkcję zespołu Kormorany zaczął się dość niekonwencjonalnie. Ale kto Kormorany zna, ten wie, że to właśnie jest niekonwencjonalny zespół. Na początku spotkania w Teatrze Muzycznym Capitol… pożegnali się. Później było już zwyczajnie. Czterech muzyków, instrumenty i dźwięki. 

sabina misakiewicz

Wrocławski zespół Kormorany powstał spontanicznie w latach osiemdziesiątych.  Przez długi czas rozwijał się w tylko sobie znanym muzycznie kierunku, którego nie da się zamknąć w żadne ramy, a który zaprowadził ich do teatru.  Muzyka,  którą tworzą, to sztuka sama w sobie.  Pierwsza ich  studyjna płyta pt.  „Majaki” wzbudza skrajne emocje. Przynajmniej we mnie. Utwór zaprezentowany jako pierwszy „Na koniec” sprawił, że do dalszej drogi byłam zniechęcona. Drażniły mnie zbyt ostre dźwięki i niezrozumiałość przekazu muzycznego.  Jak mówią twórcy, ta płyta została stworzona do słuchania w ciemności, by pozwolić jej samej istnieć.  Wyzwalać obrazy i doświadczyć obcowania ze sobą. Tak też się stało, ale nie od razu.  Początek koncertu zupełnie mnie zniechęcił i i wcale nie miałam ochoty zostać do końca. Jednak z każdym kolejnym utworem stawałam się spokojniejsza i wdzięczna swojej zasadzie, która mówi, że jeśli wyjdę, to nie dowiem się, co było dalej.  A dalej zwyczajnie  poddałam się muzyce.  Usłyszałam wiele nowatorskich muzycznych pomysłów, na które publiczność reagowała żywiołowo. Mam na myśli choćby grę na pewnego rodzaju rurach, przypominających miecze świetlne z filmu Star Wars.  Grę smyczkiem na gitarach, co przywołało swoisty sigurrosowski czy olafurarnaldsowski klimat. Doszukałam się też wspólnego mianownika z twórczością ukraińskiego zespołu Atmasfera. Te wszystkie podobieństwa są,  moim skromnym zdaniem,  ogromnym plusem dla zespołu.

Kormorany dały mi przedziwny lot z zamkniętym oczami. Dźwięki odrywały od trosk i lęków. Poczułam spokój. „Majaki” to płyta, która już ma swoje miejsce w moim domu. Jedyne czego mi na niej brakuje w niektórych kompozycjach, to głos. Ale to drobiazg.

Autor | Sabina Misakiewicz