„Nie wiesz, jak to jest, siedzieć cały dzień z głową w dłoniach, próbując wycisnąć swój nieszczęsny mózg, żeby znaleźć słowo” – tak pisał Gustaw Flaubert o swojej niemocy twórczej. Nie tylko on doświadczał tego uczucia górnolotnie zwanego natchnieniem, a potocznie „tą dziwką weną”.

Choć za dziwkami nie przepadam, to do tej jednej mam słabość. Zwyczajnie lubię ją mieć. Do wszystkiego. Do ugotowania zupy. Do napisania felietonu. Do bycia mamą. Bez weny wszystko jest płaskie. Miałkie. Nijakie.

Wena to coś bardzo dziwnego. Zawsze lepiej ją mieć, niż jej nie mieć. Każdy z nas kiedyś cierpiał na jej brak, lub cieszył, gdy ta się pojawiała. Można ją mieć lub jej nie mieć będąc pisarzem, kurą domową, architektem czy saperem. Pijacy największą wenę mają do picia. Malarze do malowania. Piłkarze do biegania. Choć, nie. Ci ostatni, to największą wenę mają do kasy. Do jej zarabiania. Ja ostatnio mam wenę do matkowania. Mamowania. Mamusiowania. Ładniej brzmi. Tak miękko. Bo mam serce miękkie, gdy jestem mamą, mamunią. A jestem nią każdego dnia. Każdego dnia między 7.40 a 7.55 patrzę przez okno. Widzę wąską alejkę między blokami i małą postać biegnącą z plecakiem na plecach. To mój syn. Co rano w drodze do szkoły zatrzymuje się, odwraca, macha do mnie i biegnie dalej. Zawsze patrzę tak długo aż zniknie. Każdego dnia czuję ten sam uścisk w gardle i ciepło w środku brzucha. To miłość. To też moja wena do życia. Ogromna. Nieopisana. Wszechogarniająca. Dająca siłę i przywracająca wiarę. Zbierająca z podłogi. Zamykająca rany i osuszająca łzy. To właśnie miłość ponad dziewięć lat temu kazała mi czytać do brzucha.  Śpiewać do brzucha. Mówić, myśleć. Z nadzieją, że brzuch coś zapamięta. Zapisze sobie w kodzie genetycznym, że czytanie jest jak oddychanie. Kiedy brzuch przestał  być już brzuchem, a stał się dzieckiem miłość uczyła mnie jak dziecko uczyć. Z cierpliwością alchemika pokazywałam więc kolorowe obrazki i opisywałam je. Z czasem obrazki zamieniły się w książeczki. Tu jest kotek. Kotek ma ogon. Ogon jest bury w szare pręgi. Kotek marszczy nos i rusza wąsami. Dziecko miało sześć miesięcy, kiedy pierwszy raz powiedziało „mama”.  Później mówiło już całymi zdaniami. Ono rosło. Rosły jego książki. Tytuły stawały się coraz bardziej poważne. Rozmowy o przeczytanych historiach czasem zaczynały się przy śniadaniu a kończył przed snem. Dziecko powiedziało kiedyś, wystawiając nos znad lektury: Wiesz mamo, to czytanie pomądrza. Miało rację. Pomądrzało. I dziecko i mnie. Czas płynął. Życie się zmieniało. Nie zmieniały się tylko nasze rytuały związane z wieczornym słuchaniem i czytaniem. Choćby dwa rozdziały. Kilka stron tekstu. Kilka chwil bliskości. Wspólnego świata wyobraźni. Smoków, rycerzy, zwykłych chłopców, jak ci z podwórka i komiksowych bohaterów. Dziecko teraz jest już dużym chłopcem, który sam sobie czyta. Nie tylko do snu. Owszem, czasem się buntuje i mówi, że wyobraża sobie jednak życie bez książek. Ale na krótko. Po kilku dniach sam sięga po kolejną opowieść by odkrywać nowe tajemnice. Dzisiaj czytaliśmy „Przygody Mikołajka”. Mikołajek jest dobry na wszystko. Na chandrę i smutek. Na złość i grypę. Nawet na brak weny do pisania. I tu sprawa staje się jasna i prosta. Czasem trzeba odłożyć na bok wyciskanie sobie mózgu. Sięgnąć po coś, co już ktoś inny ubrał w słowa. Wtedy wszystko jest prostsze.

Autor | Sabina Misakiewicz