Wszyscy znają Carrie Bradshaw. Znam i ja. Serialowa felietonistka z Manhattanu kilkanaście lat temu zawładnęła moim sercem i umysłami milionów dziewczyn na świecie. Te miliony, w tym ja, zasiadały przed TV by oglądać perypetie życiowe jej i jej przyjaciółek. Wyobrażałam sobie wtedy, że też będę kiedyś pisać felietony, nosić buty od Manolo i gdy już wydam książkę, moja twarz będzie jeździć na autobusach. I wtedy wszyscy będą mogli pocałować mnie w dupę.

Dzisiaj myśli o tym, żeby wszyscy całowali mnie w dupę przepadły. Mam inne priorytety. Złośliwi powiedzą, że ma na to wpływ fakt, iż zwyczajnie się starzeję. Nie to jednak dzisiaj jest ważne. Bo dzisiaj dzień był powiedziałbym, przedziwny. Wszystko za sprawą niepotrzebnych zmartwień i głupich ludzi. Zmartwienia jakoś ogarniam, ale głupców… Przed nimi nie da się schować do mysiej dziury. Niestety. Po prostu są. Wszędzie. Jednym razem pojawiają się zza winkla, a innym ostentacyjnie czekają, by podłożyć świnię. Od samego rana wysypywali się jak z worka, jeden po drugim. Burzyli mój spokój. Ale kiedy burza ucichła, a nade mną pojawiło się słońce, zaświtało mi w głowie, że przecież jest poniedziałek, a jutro rano mój felieton ma być dostępny… A ja nie mam do niego głowy. I wtedy przypomniałam sobie serial „Sex w wielkim mieście” i jego główną bohaterkę – Carrie. Był taki czas w moim życiu, że chciałam być jak ona. Mieszkać na Manhattanie, pisać felietony, wydawać książki, mieć dużo czasu dla siebie i przyjaciółek. No i oczywiście mieć taką garderobę, jak ona. Ona była bramą do raju. Do raju mody i niezależności. Z wybałuszonymi oczami przyglądałam się kostiumom od Coco, sukniom od Dolce Gabana czy Balenciagi. O butach Jimmiego Choo rozmawiałam z koleżankami, jak o Świętym Graalu. Uwielbiałam Carrie i jej pokręcone życie. Dlaczego? Bo była nieidealna. Niebanalna. Jednak mimo wielu porażek, zawsze stawała na nogi lub spadała na cztery łapy. Potykała się, ale w butach od Choo. Bardzo lubiłam zakończenia odcinków, kiedy to Carrie siadała do laptopa, zapalała papierosa i podsumowywała ciąg jakichś zdarzeń, które fajną puentą zamykała w felietonie. I te zakończenia zawsze niosły jakiś morał i napawały mnie optymizmem. Zapładniały mnie w radość. Bo jeśli jej nie wyszło, a później się naprawiło, to dlaczego mnie ma się nie udać. I co z tego, że ona nie istniała i nie istniały jej problemy, a żadna kobieta, którą wtedy znałam nigdy na oczy nie widziała żadnych „labutinów” ani „chanelki”. Co z tego, że Carrie, to jakiś hologram, skoro dzisiaj właśnie tego mi potrzeba. Żywi w zbyt dużej dawce zaczynają mi doskwierać. Zaś zmyślona dziewczyna z Manhattanu napawa mnie spokojem i radością.

Choć dziewczęce lata fascynacji Carrie minęły bezpowrotnie, zostało mi po niej coś bardzo ważnego. I nie jest to chęć posiadania drogich sukienek, torebek i butów. Ale chęć do życia, do nieustannej walki o zwykłe, codzienne człowieczeństwo. Do patrzenia na innych (nawet na idiotów) z empatią. Do miłości. Przyjaźni. Bo tak naprawdę nie rzeczy, które gromadzimy przez całe życie są ważne. Ważne są chwile te ulotne, i marzenia. I my sami otwarci na drugiego człowieka. Mądrego człowieka. Mimo, że buty od Manolo już dawno przestały spędzać mi sen z powiek, książki jeszcze nie wydałam, a moja twarz widnieje jedynie przy moich felietonach, to czuję, że życie jest piękne.

Autor | Sabina Misakiewicz