Sabina Misakiewicz: Maraton

Może to nie odkrycie Ameryki, ale gdy przestałam gonić własny ogon, odnalazłam radość w małych rzeczach. W tym, że świeci słońce, że pomidory nam urosły, jak na drożdżach, że ptaki zrobiły sobie gniazdo w działkowej altanie, że pod moimi oknami przebiegną tysiące ludzi, których połączyła wspólna sprawa – radość z tak prostej rzeczy, jaką jest bieganie. Choć ani ten bieg, ani ten dystans nie był taki prosty – pisze Sabina Misakiewicz.

Kiedy w niedzielne przedpołudnie spojrzałam przez okno, dostrzegłam migającą odblaskową kamizelkę policjanta kierującego ruchem i czarnoskórego maratończyka, który energicznie mijał skrzyżowanie. Omlet dosmażał się na patelni, truskawki czekały aż je na nim ułożę. Dokończyłam śniadanie w pośpiechu, żeby w tym roku popatrzeć na nich z bliska. Na tych śmiałków, którzy postanowili zmierzyć się z pogodą i swoim organizmem. Obiecałam sobie, że tym razem będę blisko. Będę widzieć ich oczy, napięte mięśnie i pot spływający z czoła.

Żar lał się z nieba i fajniej pewnie byłoby siedzieć w jakimś klimatyzowanym pomieszczeniu, a mimo to tuż obok przystanku przy ul. Górniczej we Wrocławiu utworzyła się spontaniczna strefa kibica. Dorośli i dzieci. Całe rodziny. Ponad dwadzieścia osób dopingowało biegaczom. Usiedliśmy obok nich na krawężniku i też rodzinnie pozdrawialiśmy biegnących. Wspólnie skandowaliśmy „Brawo biegacze”, „Brawo, brawo, brawo”. Poczułam, że jestem maleńką cząstką czegoś ważnego. Nie wiem kiedy minęło dwie godziny i ręce bolały mnie uderzania w nie. Tam, na tym krawężniku wydarzyło się coś pięknego. Chyba nie tylko dla mnie. Mam nieodparte wrażenie, że większość z nas stojących tam, była w stanie głębokiego podziwu dla maratończyków, którzy zjechali do Wrocławia z całej Polski. I nie tylko. Dla rodziców, którzy pchali wózki z malutkimi dziećmi; z dziećmi niepełnosprawnymi; dla osób niepełnosprawnych, które same biegły; dla pana, który biegł razem ze swoim psem pchając przed sobą wózek dla pupila; i oczywiście dla wszystkich innych, którzy podjęli się tak wycieńczającego wyzwania. Ze swoistym wzruszeniem przewijam w pamięci obrazki, które przesuwają się przed oczami. Wyciągnięte w stronę biegnących dłonie małej dziewczynki i uśmiechy na twarzach tych, którzy w  tę maleńką dłoń uderzali. Biegacza w przebraniu diabła częstującego cukierkami kibicujące dzieci. Biegacza w białej sukience ala Marilyn Monroe i Bosego Biegacza, który z flagą Polski w ręce zamykał peleton.

Z krawężnika przesiadłam się na rower i pojechałam w tym parzącym słońcu za nimi. Niezbyt daleko. Przegrałam ze słońcem ale wygrałam zupełnie coś innego. Radość z dostrzegania, ile piękna jest w otaczającym nas świecie. Nie trzeba daleko szukać. Czasami po prostu wystarczyć wyjść z domu.

 

Autor | Sabina Misakiewicz