Jestem nadwrażliwcem. Nic nie poradzę, że wszystko przepuszczam przez siebie. Wczoraj był poniedziałek. 19 stycznia. Podobno najbardziej depresyjna data w kalendarzu. Blue Monaday nie wpłynął na mnie w żaden szczególny sposób. Za to kilka informacji, na które natknęłam się w ciągu paru ostatnich dni sprawiły, że poczułam się nieswojo i źle. Że wygrzebałam z tyłu głowy wspomnienia, które dawno zepchnęłam na śmietnik myśli.

Wszyscy trąbią o niedoszłym (całe szczęście) gwałcicielu, który zaatakował we Wrocławiu trzy kobiety, o szokującej okładce kolorowego pisma ze zdjęciem dziewczyny duszonej folią. A ja sama dziwuje się nad tekstem o modnej ostatnio „porno zemście”. I co? Coraz częściej gdy odbieram tego typu newsy czuję, że coraz rzadziej jestem bezbronna i bezsilna.

Moja historia jest całkiem banalna. Ale na banałach świat zbudowano. Ładnych parę lat temu, w moim rodzinnym mieście, wracałam nocą z dyskoteki. Sama. Ktoś za mną szedł. Kiedy poczułam, że on przyspiesza zaczęłam biec. Dogonił mnie, próbował zatrzymać, chwycić. Uciekałam. Opowiedziałam wszystko w domu, tacie. Rano pojechaliśmy na policję. Przejrzałam zdjęcia przestępców seksualnych. Swojego napastnika nie znalazłam. Nigdy więcej nic się w tej sprawie nie wydarzyło. Bo niby o co tyle hałasu? W domu trzeba było siedzieć, a nie się włóczyć po nocy. „Przygoda” skończyła się na kilku siniakach na udach i niezatartym obrazie głupawych uśmieszków panów policjantów. Patrzyli z pogardą i kpiną na nastolatkę i jej ojca, który gówniary w domu nie umiał utrzymać. Kilka lat później zostałam napadnięta tu, we Wrocławiu. Na klatce schodowej w wieżowcu na Skwierzyńskiej. Szłam do znajomych, u których pomieszkiwałam w czasie studiów. Zobaczyłam go za plecami dopiero przy drzwiach od klatki. Wtedy, w ułamku sekundy przypomniałam sobie, że ten facet mignął mi też w tłumie na Rynku. Że jechał ze mną tym samym autobusem. Widziałam go. Uśmiechał się do mnie. Wysiedliśmy na tym samym przystanku. Ja wstąpiłam po zakupy do sklepu, on zniknął. Przy drzwiach przepuściłam go. Udawałam, że szukam kluczy. Wszedł pierwszy i skierował się w stronę windy, ja skręciłam na schody. Czułam, że coś złego może się stać. Kiedy się zorientował, że do windy jednak nie wejdę próbował mnie złapać na schodach. Rzuciłam w niego siatkami pełnymi jedzenia i kopnęłam z całych sił w brzuch tak, że wylądował na skrzynkach na listy. Przestraszył się i uciekł. Nie wiem skąd miałam tyle sił, że pobiegłam za nim. Krzyczałam „ratunku” i „zboczeniec”. Dopiero dzisiaj po skończonym kursie samoobrony wiem, że powinnam krzyczeć „pali się”. Przebiegaliśmy obok postoju taksówek, najpierw on, potem ja. Żaden z taksówkarzy nie próbował go złapać. Zatrzymać. Nie zapytał czy mi pomóc. Tak, byłam ubrana w obcisłą krótka bluzkę odsłaniającą brzuch. Nie uważam, bym w jakikolwiek sposób była odpowiedzialna za tamto zdarzenie. Gdy kilka dni temu wrocławskie media obiegły informacje o grasującym w mieście gwałcicielu czytałam je z trwogą. Przypomniałam sobie sytuacje, o których długo nie chciałam pamiętać. Które dla wielu kobiet, są tajemnicami. Brzydkimi wspomnieniami, o których nikomu nie wolno mówić, na które mimo wszystko wciąż spogląda się z przymrożeniem oka. W których nie jest się prawdziwą ofiarą.

Później trafiłam na inne artykuły, które być może w nienaturalny sposób łączyły się w całość. W całość głęboko dotyczącą przemocy wobec kobiet. Nie tylko fizycznej, ale też psychicznej. I ta przemoc, jak się okazuje nie musi być zadana przez zwyrodnialca, który chce zaspokoić swoje chore potrzeby. Ta przemoc może być zadana w domowym zaciszu. W białych rękawiczkach. Przez osoby ukochane, najważniejsze, najbliższe. Wstrząsnęła mną ostatnia okładka brytyjskiego Cosmopolitan. Na całym świecie wzbudziła głośną dyskusję. Zaszokowała miliony ludzi. Kolorowe pismo kobiece przyzwyczaiło czytelników do zdjęć pięknych modelek, aktorek. Aż tu nagle na okładce twarz kobiety przykryta folią. Po co? Na znak symbolicznej wspólnoty z zamordowaną w ten sposób dziewczyną pakistańskiego pochodzenia. Zbrodni dokonali jej rodzice. Udusili własną córkę plastikową torbą, gdy ta odmówiła wyjścia za mąż za swojego kuzyna. Tragiczne i niewiarygodne. A jednak zdarzyło się w cywilizowanym świecie.

Następny temat, który wzbudził we mnie gniew nie jest może tak tragiczny, jednak dość istotny. Temat, o którym coraz głośniej w mediach społecznościowych: „porno zemsta”. Pisze o tym zjawisku Joanna Tracewicz na spider’sweb.pl. „Revenge porn” polega na wpuszczeniu w obieg Internetu intymnych zdjęć swoich byłych w akcie zemsty za zdradę lub zerwanie. W tym wypadku również w większości kobiety są ofiarami. Doświadczyły tego znane aktorki, ale i zwykłe dziewczyny prowadzące życie z dala od fleszy i celebryckiego świata. Ich fotografie trafiły na porno serwisy i portale randkowe, czy facebooka. Nie znam przypadku, żeby to mężczyzna stał się ofiarą podobnego działania.

Jaki jest wspólny mianownik dla tych kilku spraw? Przemoc. Przemoc, która istnieje wszędzie obok nas. Na którą w społeczeństwie jest ciche przyzwolenie. Przemoc psychiczna i fizyczna. Czasem niewychodząca poza cztery ściany, a innym razem tak brutalna i bezduszna, że ujawniona obiega cały świat. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) ofiarami przemocy jest już ponad jedna trzecia kobiet na całym świecie. Bez względu na to z jakiej warstwy społecznej pochodzi, jaki ma kolor skóry i jaką wyznaje wiarę. Największy odsetek atakowanych, gwałconych i w różny sposób molestowanych kobiet zanotowano w Afryce, Azji, na Bliskim Wschodzie. Ofiarami przemocy pada tam około 37% kobiet, zaś w Ameryce Łacińskiej i Południowej – 30%. W krajach bogatych, w tym w Polsce, z podanych powodów cierpi co czwarta kobieta. Najniższy wskaźnik notowany jest w krajach Ameryki Północnej – około 23%.

Dlaczego o tym myślę, dlaczego mnie to dotyka? Bo kiedyś, jak tysiące kobiet czułam się bezradna, bezsilna i nie wiedziałam kogo prosić o pomoc. Już się nie boję. I cieszę się, że coraz więcej kobiet mówi głośno o swoich problemach. Że one też się nie boją. Nie wstydzą. Nie patrzą na to, co ludzie powiedzą. I walczą o swoje prawa. Milczenie zabija. Milczenie powoduje, że boimy się przez całe życie. Słyszmy się nawzajem. Mówmy. Brońmy się. Nie pozwólmy.

Autor | Sabina Misakiewicz