Sabina Misakiewicz: Niepożądany stan umysłu

Sanatorium, to nie miejsce, to stan umysłu. Tak. I ja tego stanu nie jestem w stanie w sobie zbudować. 

A rzecz się ma następująco. W pewnym pięknym uzdrowisku jestem od ponad dwóch tygodni. Moja aklimatyzacja nie przebiega zbyt pomyślnie. Jednakże pomijając wszelkiej maści zakazy, które normalnego, dorosłego człowieka wyprowadzają z równowagi, z pobytu jestem zadowolona. Bo i okolica urokliwa i pogoda nie taka zła. Jest gdzie pospacerować i wyciszyć umysł. Jak to w sanatorium, mam też zestaw zabiegów, które mają przywrócić mi sprawność fizyczną. Różnego rodzaju kąpiele w wodach z gorących źródeł, masaże, kriokomora, gimnastyka oraz zajęcia relaksacyjne. I tu zatrzymam się na moment. Owe zajęcia nie zagościły w moim terminarzu. Nie mogłam sobie pozwolić by relaksował mnie ktoś, kto przedstawia się, że jest uwaga cytuję „terapeutom i logopedom”. Ktoś, kto mówi, że „czeba o siebie dbać po pierwsze, po drugie i po czecie”. Oraz, że dla relaksacji „bedzie włanczać spokojnom muzyke”. Ja na relaksację wolę udać się na ławkę do parku i posłuchać, jak mi dzięcioł stuka nad głową.

Życie towarzyskie nie pochłania mnie. Dla innych odbywa się dość prosto. Zbiórka przy drzwiach po kolacji i kto żyw na tańce, tudzież na piwo. Ja na tańce nie chodzę. Piwo lubię wypić w spokoju lub w pokoju nad książką. Nie wiem, gdzie jest „Piekiełko” ani „Zdrojowa”. Jestem osobna. Mam wszystko, czego potrzebuję. Wieść gminna niesie, (zabawne to bardzo), że mówią o mnie „ta, co zadziera nosa”. Bo i na śniadanie nie zrywam się bladym świtem wraz z tłumem, ani na inne posiłki nie gonię w trwodze, że nie zdążę. Nic nie poradzę, że ten czas rekonwalescencji poświęcam na to, co sprawia mi przyjemność. Niekoniecznie jest to towarzystwo nieznanych mi osób. Wystarczy mi fakt, że jestem zmuszona spać w jednym pokoju z kimś obcym.  Aklimatyzacja więc nie osiągnie ostatniego levelu.

Sanatorium, to stan umysłu. To 16 sukienek i kilka par szpilek.  To pełen rynsztunek od świtu do nocy. Sanatorium, to często dobieranie się w pary i romantyczne chwile w uzdrowiskowych knajpkach. To jazgotliwe paplanie jedna przez drugą, jak w scenie z pociągu w „Dniu świra”. To biesiadowanie w wesołych gromadach i spacery po kurorcie. Wszystko regulowane posiłkami, zabiegami i graniczną godziną powrotu do domu zdrojowego.  Ja się w pary nie dobieram, nawet jednopłciowe. Chodzę swoimi drogami. Zwyczajnie nie wpisuję w schemat. Sukienkę mam tylko jedną i nie mam do niej szpilek. Jednakże, co ciekawe,  w dniu, gdy ją ubrałam zostałam wybrana przez pewnego pana na towarzyszkę wieczoru. Zapytana, czy aby się nie nudzę z tą książką odpowiedziałam, że absolutnie nigdy, ja nie nudzę się z książką. Pan kontynuował, że nie ma z kim słowa zamienić i gdybym… Zaproponowałam mu świetny artykuł. Obraził się. A następnego dnia przy kolacji nie ukłonił.

Autor | Sabina Misakiewicz

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTEATR: „Biesy” [PREMIERA]
Następny artykułSPORTOWY RAPORT #84 (20.11.2015)
Pedagog, dziennikarz i animator kultury. Zakochana w teatrze. Jako reżyser postawiła pierwsze kroki, jednak wciąż uczy się chodzić. Swoimi tekstami dodaje teatralnym wydarzeniom emocjonalnego wymiaru i piękna.