„Teatr Polski – w podziemiu” zaprezentował już drugą premierę, od czasu kiedy do podziemia zszedł. Tym razem performans oparty na fragmentach „Pluskwy” Majakowskiego reżyserował Michał Borczuch – pisze Sabina Misakiewicz.

Weszłam w jedną z hal starego browaru i stanęłam pośrodku dziejstwa. Aktorzy już w rolach, ale jeszcze to tu, to tam zamieniali po parę słów z widzami. Na plecach naklejone taśmy z napisami: wyruchany i niewyruchany. Większość z nich w czapkach uszankach na głowach, a po środku sali buchające ogniem piecyki gazowe. Klimat rzeczywiście, jak z podziemia, jak z miejsca ukrytego przed złem. W tym wypadku złem zapewne są władze, które dopuściły Cezarego Morawskiego do stołka dyrektora Tpl i oczywiście on sam. Złem jest utrata pracy przez część zespołu, złem są obietnice, że znajdzie się miejsce na dialog i rozwój artystyczny teatru.

Tymczasem przenieśliśmy się maszyną czasu do roku 2030. Anna Ilczuk rozpoczęła to magiczne spotkanie monologiem. Mówiła, że generalnie to „Pluskwy” nie będzie, a ona jest chora i może pleść trzy po trzy. Poza tym reżyser nie przyjechał, a ci co mieli być niby w zastępstwie składają dementi na Facebooku.  Mówiła też, że chcieli zamówić teatr impresaryjny, ale zrezygnowali. Wszystko, co miała nam do przekazania było przejmujące, bo prawdziwe. Uwypuklone, szkaradne zachowania obecnego dyrektora wobec zespołu, stały się tu punktem wyjścia. Publiczność reagowała żywo, właściwie była jednym organizmem z aktorami „podziemia”. Nie uniknęłam tam wzruszeń i radości, śmiechu i smutku. Wiele piękna miała w sobie scena, w której aktorzy opowiadali, co będą robić za 13 lat. Dołączyli do nich młodzi: Michał Surówka, Adka Jendroszek i studenci z PWST we Wrocławiu. Zabawnie było, kiedy Marta Zięba krzyczała, że będzie żoną Johnego Deppa, choć mnie akurat jakoś nie było do śmiechu, bo przecież jeśli będzie jego żoną, to wyjedzie z Wrocławia i ciężko będzie latać do USA, by zobaczyć ją na jakiejś scenie. Do Michała Opalińskiego będzie nam bliżej, bo czeka nas podróż do paryskiego Odeonu. Każdy mógł powiedzieć, gdzie się widzi w 2030. Obok mnie stała kobieta, która wyznała, że za 13 lat będzie już po siedemdziesiątce… ale zawsze będzie tam, gdzie zespół teatru. Popłakałam się wtedy. I jeszcze kilka razy. Właściwie nie wiem, co było dalej. To nie ma jednak znaczenia. Tego wieczoru słuchaliśmy siebie nawzajem. Słów. Oddechów. Byliśmy blisko. I to było ważne. Byliśmy wspólnotą.

Na koniec tradycyjnie już aktorzy zakleili sobie usta czarną taśmą. Zaskakujące było jednak, gdy połączyli się w pary i… ustanawiali rekord na najdłuższy  pocałunek. Dźwięki pianina rozlewały się dookoła, a artyści w objęciach bili rekordy. Stałam blisko. Oko w oko. Tuż przede mną w przyjacielskim uścisku tkwili Michał Opaliński i Wojciech Ziemiański. Ze łzami w oczach.

Jeśli wiadomość o odwołaniu Cezarego Morawskiego, potwierdzi się, to tak emocjonalne spotkanie w podziemiu przeżyliśmy po raz ostatni raz. Ale wtedy czeka nas radosny powrót na Zapolskiej.

Autor | Sabina Misakiewicz