Sabina Misakiewicz: Po Dialogu

Program tegorocznego Dialogu był bardzo różnorodny. Prowadził widzów poprzez widowiska monumentalne do małych kameralnych obrazów. Przekonałam się, że teatr najpiękniejszy jest wtedy, kiedy niczego się nie oczekuje. Zawiedzione nadzieje zawsze zostawiają gorzki smak.

Ivo Van Hove znany wrocławskiej publiczności między innymi z „Tragedii rzymskich” kolejny raz przyjechał na Dialog z bardzo mocnym repertuarem: „Szepty i krzyki” oraz ”Po próbie/Persona”. Wszystkie oparte na scenariuszach Ingmara Bergmana. Bardzo wysoki poziom spektaklu otwarcia („Szepty i krzyki”) przebiła jednak „Persona”, która zamykała festiwal. I to „Personie” przyznaję level master, numer jeden tegorocznego Dialogu. Znakomity twórca Ivo Van Hove poruszył niełatwe tematy w sposób nienachalny acz wyrazisty. Sposób, który w czasie trwania historii pozwalał się w pewnym stopniu oswoić ze śmiercią człowieka, czy artysty w człowieku. Zachwycającym okazał się pomysł, by z małej klitki szpitalnego pokoju w pudełkowej scenie widzowie przenieśli się na pomost nad morzem. W osłupienie wprawiły rozkładające się i wpadające do wody ściany sceny, a to wszystko przyprawione piękną muzyką i znakomitymi światłami. Zabieg ten na pewno zostanie w świadomości widzów na długo. Siłą tego spektaklu była nie tylko plastyczność obrazu, była nią także umiejętność budowania napięcia pomiędzy bohaterkami opowieści, w której jedna wciąż monologuje, a druga nie mówi ani słowa. Persona jest totalnym majstersztykiem, a Ivo Van Hove artystą wciąż poszukującym. Ze spektaklu na spektakl dającym widzom poczucie, że zderzają się z coraz to nowymi pomysłami i zabiegami reżyserskimi. Czego niestety nie mogę powiedzieć o Krzysztofie Warlikowskim i jego „Francuzach”, spektaklu bardzo przeze mnie oczekiwanym. Niestety prócz wspaniałych kreacji aktorskich Mai Ostaszewskiej, Agaty Buzek, Magdaleny Cieleckiej, Mariusza Bonaszewskiego, Marka Kality nic nie zrobiło na mnie wrażenia. Może dwójka młodych aktorów, którzy odstają warsztatowo od starszych kolegów o lata świetlne. Ale to wrażenie było negatywne. Oglądając ten pięciogodzinny wywód o upadku Europy miałam poczucie, że już to wszystko widziałam. Szklany wagon, projekcje multimedialne, kolorowe światła, które też już nie działają. Całe szczęście tym razem nie było przemowy z mównicy.

Persona reż. Ivo van Hove
Persona reż. Ivo van Hove

Na drugim miejscu mojego rankingu stawiam „Wycinkę/Holzfallen”. W zupełności zgadzam się z Krystyną Meissner, która w niedawnym wywiadzie powiedziała, że Lupa pokazał kawałek duszy, swój niepokój. Niepokój wobec kierunku, w jakim zmierza artystyczna elita. Wypunktował wszystkie słabe strony i wyciągnął na wierzch bebechy i degrengoladę, jaka ją toczy. Trzeba przyznać, że Lupa i jego zespół są w znakomitej formie. Każda z postaci jest przekonująca i wyrazista. Na piedestale stawiam Halinę Rasiakównę za rolę Mai, uhonorowaną nagrodą Zelwerowicza. Nie da się też zapomnieć ani Wojciecha Ziemiańskiego, ani Jana Frycza. Nie sposób robić tu wyliczanki nazwisk i stawiać ocen, bo w „Wycince” nie ma słabych ról. Widowisko mimo trudnego tematu rozkładu artystycznej elity tchnęło we mnie nową nadzieję. Może dlatego, że Lupa nie zawodzi. Lupie się ufa. Ufa się jego ludziom.

Wycinka reż. Krystian Lupa
Wycinka reż. Krystian Lupa

„W jej ustach kamienie” uplasowało się na drugim miejscu ex aequo z „Wycinką”. To przepiękny, zmysłowy i emocjonalny obraz bazujący na dźwięku i światłocieniach. Emanacja kobiecości i  seksualności wypływająca z dziesięciu ciał maoryskich kobiet sprawiła, że nie można zapomnieć tamtych emocji i napięcia. Zdawało się, że każde mrugniecie powiek kradnie jakaś cząstkę z tego poetyckiego kolażu. Lemi Ponifasio w swoim traktacie o kobietach ukazał ich ogromną siłę. Wykorzystał filozofię tańca Piny Baush, potęgę ludzkiego umysłu całkowicie panującego nad ciałem.

W jej ustach kamienie reż. Lemi Ponifasio
W jej ustach kamienie reż. Lemi Ponifasio

Susanne Kennedy, w oparciu o film Rainera Weinera Fassbindera stworzyła pana R., jego rodzinę oraz grono znajomych. Bohaterów spektaklu „Warum, dlaczego pan R. wpada w szał?”. Zabieg, którego użyła Kennedy jest czymś świeżym i nowym. Wprawdzie już Etienne Decroux zakładał swoim aktorom płótno na twarz, by pozbawić ich emocji, ale zdaje się nie było to tak mocne, jak w wypadku Kennedy i jej teatru. Reżyserka „Warum” poszła o krok dalej i odebrała aktorom nie tylko emocje, ale też głos. Głos wcześniej nagrany puściła z offu, a twarze zakleiła silikonowymi maskami. Całość zamknęła jakby w ramach serialu, którego odcinki przerywane są reklamami. Opowieść toczy się wokół relacji międzyludzkich, a właściwie ich braku.  W rezultacie doprowadza to tragedii i szału pana R., który nie godząc się na utarte schematy zachowań i bezemocjonalne życie pozbawia go swoich najbliższych. Sama historia, jak i pomysł na jej opowiedzenie sprawia, że „Warum” to jedna z najciekawszych propozycji tegorocznego festiwalu. Aczkolwiek jest w nim jeden mankament, czas. Skrócenie tejże historii do 70 minut sprawiłoby ją jeszcze lepszą.

Warum, dlaczego pan R. wpada w szał? reż Suzenne Kennedy
Warum, dlaczego pan R. wpada w szał? reż Susanne Kennedy

P.S. Muszę wspomnieć tu jeszcze o „Dziadach” Radosława Rychcika. Nie jestem w stanie przemilczeć tego spektaklu nie dlatego, że uważam go za wyjątkowo dobry. Przeciwnie. Jednak podobał mi się pierwszy akt. Jego plusem jest ten znany z innych spektakli „Rychcikowy sznyt” z mieszaniem tropów kulturowych, plastyczność obrazu, muzyka i wprowadzenie świeżości do tematu, który dla wielu jest świętością. Uważam, że reżyser przebiegł się po tych tropach, nie wykorzystując ich potencjału. jakby rozpoczął coś i nie wiedział jak skończyć. Po pierwszym, mimo wszystko dość udanym akcie czekałam na więcej, na mocne uderzenie. I nie dostałam prawie nic. Miałam wrażenie, że spektakl się sypie. Nie ma jedności wśród aktorów, a każdy z nich chce jak najszybciej zejść ze sceny.  Absolutnie nie przemówił do mnie zabieg z głosem Holoubka z offu i cały ten teatr w ciemności. Czułam jedynie znużenie. W scenie przy stole Klu Klux Klan nie był śmieszny,  a najpiękniej wypadł milczący Guślarz. Żałuje, ale sądzę, że nie był to dobry spektakl, jednakże wzbudził we mnie ogromne emocje. Niestety nie takie, na które czekałam.

Autor | Sabina Misakiewicz

Zdjęcia | Marcin Oliva Soto / MFT Dialog-Wrocław