Sabina Misakiewicz: Pójść z Lupą na sushi

Kilka dni temu rozmawiałam z  przyjaciółką przez telefon. Zapytała, co u mnie. Powiedziałam, że właściwie, to nic nowego, że wszystko dobrze i że zakochałam się kolejny raz w Lupie. Ona westchnęła i powiedziała: obiecaj, że kiedy przyjadę, to mi go przedstawisz i zabierzemy go najpierw do teatru, a potem na sushi.

Jako studentka z wypiekami na twarzy wsłuchiwałam się w historie o Krystianie Lupie i jego teatrze. Gdyby wtedy ktoś powiedział mi, że za kilkanaście lat będę pisać recenzję z jego spektaklu, z pewnością powiedziałabym temu komuś, że jest idiotą. Pierwsze były „Prezydentki”. Porażające. Pamiętam, że po zakończeniu spektaklu wyszłam przed teatr i nie mogłam się stamtąd ruszyć. Paliłam papierosa. Po chwili wyszła Halina Rasiakówna. Też zapaliła. Spojrzałyśmy na siebie. Ja z zachwytem na nią, ona z uśmiechem na mnie. Bardzo chciałam jej wtedy powiedzieć, że w życiu nie widziałam czegoś tak dobrego. Ale co ja wtedy widziałam? Nic. Po kilkunastu latach i wielu godzinach spędzonych w pozycji widza, on znów mnie oczarował. „Wycinka Holzfällen” jest kolejnym wybitnym dziełem. Zresztą swoje emocje i wrażenia dokładnie opisałam w recenzji kilka dni temu. W czasie premiery w Teatrze Polskim niewielu  jednak widziało, że tam trwał nie jeden spektakl, a dwa. Bowiem Krystian Lupa na drugim balkonie miał swój mały „one man show”. Początkowo nie wiedziałam, co to za dźwięki, co to za stukanie i klaskanie. Nie zwróciłabym na nie uwagi, gdybym siedziała w innym miejscu. A z pozycji fotela w amfiteatrze całkiem dobrze widziałam reżysera, który tam wysoko, jakby zapomniał o całej publiczności. Słyszałam opowieści o tych pokrzykiwaniach mistrza, ale pierwszy raz byłam ich świadkiem. I urzekł mnie do reszty. Widziałam pasję w każdym ruchu jego rąk. Zachowywał się jakby zniknął cały świat. Cały, poza jego aktorami i sceną. Jego gesty i głos z tego reżyserskiego nieba były niczym głos stwórcy dający znaki swoim dziatkom, kiedy mają westchnąć ciszej, kiedy głośniej, a kiedy szaty rozdzierać. Co baczniejszy widz zauważył, jak na jego klaśnięcia stawało się i gasło światło. Muzyka zaczynała grać i cichła. A mnie w duszy grało i grać będzie to jeszcze długo.

I przyznam szczerze, że propozycja mojej przyjaciółki jest kusząca. Chętnie zaprosiłabym Krystiana Lupę na sushi i na taki spektakl, jaki sam stworzył. Zastanawiam się jednak, czy zamiast sushi nie wolałby zjeść sandacza… bengalskiego .

Autor | Sabina Misakiewicz