Sabina Misakiewicz: Prawda i kłamstwo

„Wchodzimy w świat aby przezeń przejść. Przechodzimy próbę świata, a świat jest miejscem prawdy. W każdym razie – świat powinien być miejscem prawdy.” (Jerzy Grotowski. Świat powinien być miejscem prawdy, 1979)

 

Kilka miesięcy temu dostałam w prezencie opasłe tomisko „Teksty zebrane” Grotowskiego. Leżą na stosie innych książek i ubrane w sznur światełek udają choinkę… i czekają na swoją kolej. Obiecałam sobie, że je przeczytam. Dzisiaj, kiedy piszę te słowa obiecałam sobie to kolejny raz. Bo może znajdę w nich kilka innych zdań, którą mną poruszą.

Jaką próbą jest dla mnie świat? Największą? Najmniejszą? Czym jest prawda? Czy rzeczywiście świat jest miejscem prawdy? Powinien? Tak! Nie! Nie! Tak! Z tym się zgodzę lub nie zgodzę. Sama nie wiem, choć mnie boli brak prawdy. Brak mówienia sobie prawdy w relacjach służbowych, partnerskich, koleżeńskich. O jakże często ja sama nie umiem tej prawdy powiedzieć. Boję się jej. Boję się konsekwencji. Jestem tylko człowiekiem. Ale nie chcę kłamać. Nie chcę być okłamywana. Nie chcę okłamywać swojego dziecka, męża, pracodawcy, mistrza. Nie chcę by oni mnie okłamywali. Ale czy mówienie prawdy zawsze jest na miejscu, czy usłyszenie prawdy zawsze jest pozytywne? Czy jest dobre? Miłe? A może czyni więcej szkód niż dobrego??? Nie wiem. Kiedy miał urodzić się mój syn, moja mama mówiła, że poród to dobry ból, że to trzeba przeżyć, zwyczajnie, nie je pierwsza i nie ostatnia. Przeżyłam. Wytrzymałam. Ale jej małe kłamstwo mimo wszystko mi pomogło. Ciut ciut, ale jednak. Oszukało głowę. Oswoiło ten ból, który i tak przyszedł. Kiedy kilkanaście miesięcy później zabrałam syna na szczepienie, przed gabinetem lekarskim kłamałam mu, że to nic wielkiego, że nie będzie bolało. Bolało jak diabli, ale na chwilę przed, moje dziecko jeszcze ufnie patrzyło mi w oczy. Choć po skończonej iniekcji nienawidził mnie pewnie z całego jego maleńkiego serduszka. Gdy umierał mój tata i siedziałam przy nim nocami w szpitalu, gładziłam jego dłoń i mówiłam, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie, a on uśmiechał się w oparach morfiny i szeptał:

Co było – nie wróci i szaty rozdzierać, by próżno.
Cóż każda epoka ma własny porządek i ład …
A przecież mi żal
że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin –
tak chętnie bym dziś
choć na kwadrans na koniak z nim wpadł.
Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie –
I tyle jest aut i rakiety unoszą nas w dal…
A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
I nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!

Wchodzimy w świat aby przezeń przejść. Z prawdą i kłamstwem jednako. Jak z Bogiem i Szatanem. Jak z nocą i dniem. Z tarczą i czasem na tarczy. Ważne, by na koniec umieć patrzeć sobie w oczy.

Autor | Sabina Misakiewicz