Sabina Misakiewicz: „Średniawka”

Nowe słowo oznaczające coś marnej jakości. Kiepskie w całej swojej okazałości.

SCENA PIERWSZA. Jadę tramwajem po projekcji „Obywatela” i spotkaniu z Jerzym Stuhrem. Zachwycona najpierw Stuhrem, nieco później filmem. Ale tylko odrobinę później. Odszukuję więc słowa by opowiedzieć tej „hulaj-nóżce”, co to we mnie mieszka, temu wiecznemu wrażliwcowi, co z tego filmu, z tego spotkania było najważniejsze, najszczersze. Naprzeciwko mnie siada kobieta. Na oko starsza ode mnie parę lat (ale może ja oceniam się zbyt młodo). Siwizna u pani wysypuje się na czoło, prosty nos i oczy. Widzę mimikę jej twarzy. Przez pierwsze kilka sekund jej nie słyszę. Przynajmniej się staram. Jednak pani brzmi, niczym łabędź krzykliwi i nie pozwoli mi zbyt długo zamykać się w swoim świecie. I nagle do moich uszu dociera: no, dzień dobry, dzień dobry. Tak, wiesz byłam, właśnie wracam z tego ”Obywatela”… no tego wiesz filmu, co o nim teraz tak piszą (już zaczynał mi się robić krzywy ryjek na panią, lub też, jak kto woli zaczynała mnie się kita jeżyć). Pomijam fakt gadania na cały tramwaj, o którym pisałam w poprzednim felietonie. I już, już miałam wyjmować swój telefon by zrobić pani psikusa (patrz poprzedni felieton)… a pani kontynuowała do swojego aparatu: No i wiesz, myślałam sobie, że młody Stuhr coś pogra. Ale niestety ani młody, ani stary. Wiesz, co ja sądzę o takich filmach… no, ale ludzie się śmiali… średniawka, średniawka.  Ale wiesz, żeby to sobie zrekompensować idę do filharmonii na taki znany kwartet…yyy no gra tam ten… nazwiska teraz nie pamiętam, ale musi to być jakaś gwiazda, bo bilety były od 80 do 120 złotych, więc wiesz…

I w tym momencie, o ile bardzo się starałam, bo zwykle bardzo się staram być empatyczna wobec ludzi, którzy mnie otaczają i jakieś takie ludzkie zrozumienie, to w tym momencie wszelkie pokłady mojej empatii dały nogę i włączyło mi się ocenianie. Nie, nieładnie z mojej strony. Ale jeśli chodzi o „średniawki” to Pani, która chodzi na gwiazdy z filharmonii, dostaje ode mnie tytuł „Średniawki tygodnia”.

SCENA DRUGA: Dzień później opowiadałam koleżance o tym uroczym zdarzeniu. I myślałam, że moja „średniawka” is the best. Jednak koleżanka mnie przebiła, opowiadając historię, jak to bliski jej nauczyciel akademicki podczas wykładu powiedział coś w rodzaju: to zjawisko  obserwujemy u Lema. Na co studentka z pierwszej ławy zapytała: „Panie doktorze, a kto to jest Ulema?”

Komentarz zbędny.

Może też macie swoje „średniawki”?

Autor | Sabina Misakiewicz