Na ekrany kin w Polsce wchodzi „Witaj w klubie”. W obsadzie dwójka doskonałych aktorów nagrodzonych Oskarami – Jared Leto i Matthew McConaughey.  Myślę, że ten obraz nie znajdzie sobie równych  w danej tematyce przez najbliższe dekady, tak jak kiedyś „Filadelfia”.

Światła zgasły, czerwone dywany zwinięto. Cisza. Co jest wcześniej? A później? Kiedy jeszcze i kiedy już  nikt nie patrzy? Kiedy nie ma show. Szminki na uśmiechniętych wargach i brylantowych spinek w  mankietach. Fraków, sukni i „słit foć”. Kiedy nikt nie patrzy.  Wtedy jest ciężka praca. Miliony wyrzeczeń. Wstawanie o świecie, drakońska dieta, ćwiczenie przed lustrem gestów, mimiki i balansowania ciałem w kobiecym stroju czy głupim kapeluszu. Tak sobie wyobrażam pracę wspaniałych aktorów nad postacią. Jared Leto i Matthew McConaughey. To oni myślę, w taki lub podobny sposób zapracowali na najwyższe wyróżnienie dla aktora.  Obu znam i cenię za małe i większe role. Leto choćby za postać mordercy Johna Lennona w „27 rozdziale”, czy McConaughey za „Czas zabijania”.

Oglądając ich wiedziałam, że wyznaczają nowe kryteria w aktorstwie. Że, to co robią przed kamerą jest genialne. Totalne. Że zasługują na wygraną. Bo aby przekonać widza nie wystarczy włożyć peruki, dosztukować sobie nos, dać się oszpecić czy być afroamerykaninem.  Nie. Widz musi uwierzyć w człowieka mówiącego z ekranu. Ja uwierzyłam. Uwierzyłam McConaughey i Leto. Ich złość czy strach spowodowane chorobą były prawdziwe. Prawdziwa była przyjaźń i determinacja w dążeniu do przechytrzenia śmierci i państwa policyjnego w jakim przyszło im zmagać się problemami. Z wyrzutków społecznych stali się ikonami.

Historia oparta na prawdziwych losach Rona Woodroofa przedstawiona w  „Witaj w klubie” to nie komedia, choć z takimi (sic!) opiniami też się spotkałam. To nie rzewny dramat, na który koniecznie trzeba zabrać przyjaciółkę i jej chłopaka. To kawał mięsa. Kawał życia i śmierci . Nie ma efektów specjalnych. Jest sex, drugs and war. Faceci wychudzeni do granic wytrzymałości. Jeden w sukience, drugi w kowbojskim kapeluszu. Żadnego glamuru.  Film poruszający trudne kwestie, o ludziach dokonujących trudnych wyborów. Wojna ze stereotypami, z systemem i samym sobą. To nie jest film, na którym miło spędzimy czas. Temat HIV i Aids ponad dwadzieścia lat po „Filadelfii” z niezapomnianymi rolami Hanksa i Banderasa, nie wszedł z takim impetem i nie zagościł w światowych produkcjach w taki sposób, jak film Jeana Marca Vallee. Dobrze jednak radzę, idąc do kina nie kupujcie popcornu, bo nie będzie Wam się chciało jeść.

Autor| Sabina Miskiewicz