Mając w pamięci poprzednią odsłonę, przygotowany byłem na sromotną porażkę Zemsty Salazara, film, który ostatecznie dobije serię. Ku mojej uciesze, tak się nie stało. Nie tylko miło się zaskoczyłem, ale także ze zniecierpliwieniem wypatruję kontynuacji – pisze Patryk Wolny.

Oczekiwałem filmu raczej na modłę czwartej części, prosta historia i nieco wymuszony humor. Twórcy jednak, na szczęście, obrali inną drogą, której zakończenie zwiastuje całkiem obiecującą przyszłość serii. Jednak od premiery Czarnej Perły minęło już prawie 15 lat, Depp się starzeje, a wątpię, żeby Piraci z Karaibów mogli istnieć bez niego. Choć znając potęgę pieniądza – wszystko jest możliwe.

Twórcy zdecydowali się wprowadzić nowe postaci, których pojawienie przywodzi na myśl przygody znane z pierwszej części serii. Pragnący ocalić ojca Henry Turner (Brenton Thwaites), piękna Carina (Kaya Scodelario), której główny walor, zaraz obok wiedzy astrologicznej, to duży dekolt. A całości dopełnia stary znajomy, obecnie nieco podniszczony przez życie kapitan Jack Sparrow (Johnny Depp). Szkoda, że zestaw ten nie działa tak dobrze jak za pierwszym razem, brakuje nieco świeżości i polotu.

Jack się zestarzał i niestety, ale na ekranie widać to dobitnie. Zmieniła się nie tylko jego aparycji, ale także zachowanie i sceny akcji z jego udziałem. Nie stanowi to jednak ujmy dla filmu. Depp dobrze odnajduje się w roli i nadal potrafi swoją grą aktorską wywołać uśmiech na twarzy widza – pod tym względem nic się nie zmieniło.

W najnowszych Piratach z Karaibów nie mogło zabraknąć antagonisty. Tym razem został nim Salazar (Javier Bardem), hiszpański kapitan, któremu za młodu Sparrow zaszedł za skórę. Zgodnie z podtytułem zamierza on się zemścić na Jacku za to, że ten nie tylko go ośmieszył, ale także (przez przypadek) zrzucił na niego klątwę. Sama postać została wykreowana w sposób naprawę ciekawy i pomimo że jej ogólny zarys (załoga, statek) kojarzyć się może z Davy’m Jonesem i Latającym Holendrem, to podobieństwo należałoby zaliczyć na korzyść filmu. Zapewne można wyjść z założenia, że twórcom kończą się pomysły, a seria powoli dogasa, jednak nic bardziej mylnego.

Wracając jednak do Salazara scenarzyści zadbali o to, żeby miał on nie tylko wiarygodny motyw do zemsty, ale także ciekawą przeszłość. Intrygująco prezentuje się jego statek na którym przemierza Karaibskie wody. Gdy pierwszy raz dokonał on abordażu byłem pod niemałym wrażeniem, choć sama scena była absurdalna.

Opowieść trzyma przyzwoity poziom, jest czas na śmiech, miłość i sporą dozę przygody, czyli wszystko co moglibyśmy oczekiwać od nowej odsłony Piratów z Karaibów. Fabuła faktycznie nie ustrzegła się kilku absurdalnych (do granic możliwości) scen, jednak spogląda się na to wszystko z przymrużeniem oka.

Najmocniejszą, najbardziej obiecującą, stroną filmu jest jego zakończenie. W Zemście Salazara bohaterzy muszą odnaleźć Trójząb Posejdona, który ma pomóc Jackowi uwolnić się od złowrogiego korsarza stąpającego mu po piętach, a młodemu Turnerowi uwolnić ojca. Z pozoru nic nowego, jednak gdy przychodzi do samego zakończenia, wszystko staje na głowie. Nie będę zdradzał właściwości tej legendarnej broni, jednak dzięki niej twórcy Piratów zresetowali serię. Otwierając sobie tym samym, niemal nieskończone możliwości odnośnie do dalszych losów pirackiej rodziny.

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to film nastawiony na pochłanianie popcornu i dobrą zabawę. Bawiłem się całkiem nieźle i z wielką niecierpliwością wyczekuje kolejnych odsłon. Oto przykład jak stare spotyka się z nowym, jednak w tym przypadku, w przeciwieństwie do Obcy: Przymierze, widać, że ktoś miał pomył i to całkiem udany.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina