Uczta przy suto zastawionym stole zawsze staje się pretekstem do rozmów o życiu. W „Samobójcy” w reż. Piotra Siekluckiego posuwamy się nieco dalej. Rozważamy czy samobójstwo jest sprawa prywatną, czy powinno jednak przynieść komuś korzyść. Wszak trupowi powinno być już wszystko jedno – pisze Daniel E. Groszewski.

Przenosiny do nowej siedziby krakowski Teatr Nowy Proxima zainaugurował spektaklem „Samobójca” wg Nikolaja Erdmana. Miała to być uczta w nowym miejscu i rzeczywiście była. Jedzenia, a przede wszystkim napitku było tyle, że biesiadnicy pewnych swoich zachowań z pewnością następnego dnia by się wstydzili. Jednak nie o nieobyczajność tutaj chodziło. Na pierwszy plan wysunęła się postać gospodarza – Siemiona Siemionowicza Podsiekalnikowa (Piotr Sieklucki), reszta gości była swego rodzaju chórem. On zaś… postanowił popełnić samobójstwo. Informacja ta nie była jednak zaskoczeniem. Także do widzów docierała na długo przed premierą.  Teatr informował o tym na fejsbuku i w programie. Tak naprawdę poszliśmy więc zobaczyć jak Sienia strzela sobie w łeb w takt rzewnej rosyjskiej muzyki.

Uczta trwała długo. Przyszły samobójca w miarę wypitej wódki coraz charakterniej  prowadził nas przez meandry życia dyrektora teatru i obcowania z ludźmi, którzy go raczej nie rozumieją. Wydaje się, że mimo zaledwie siedmiu osób przy stole, zasiadło tam niemal całe społeczeństwo. Na uwagę zasługują też zabawiający gości muzycy, którym nuty rozpisał Paweł Harańczyk. Muzyka dopełniała sugestywne obrazy i podkreśla ich znaczenie. Tekst Erdmana uwspółcześniono, dzięki czemu jest gorzko i dowcipnie. Choćby wtedy, gdy Sienia mówi o ciężkich czasach w teatrze, który nawet gdy nie gra, to za czynsz musi płacić. Wiele jest aluzji politycznych, które mimo że sprzed blisko stu lat idealnie wpisują się w naszą rzeczywistość. Sporo radości wprowadza niespodziewane pojawienie się Wiktora Wiktorowicza (Tomasz Schimscheiner), który  błyskotliwym monologiem inteligenta, jako pierwszy domaga się, aby samobójstwo odbyło się w imieniu wyższej racji, niż ludzkie życie. Obaj z Sienią są doskonałym przeciwieństwem statycznych: Ojca Jełpidiju (Maciej Frelak) i Żyda Aleksandra Pietrowicza Kałbuszkina (Edward Linde-Lubaszenko). Nie bez znaczenia podczas tej uczty są panie. Każda z nich (Urszula Kiebzak, Marta Saciuk-Sędzielarz, Martyna Krzysztofik) niesienie swoją cegiełkę tej opowieści, która zmierza do odebrania sobie życia przez głównego bohatera. Sam Podsiekalnikow dodaje tej historii smutku swoim wzruszającym, podlanym wódką śpiewem. Nie wszystko jest jednak tak oczywiste, jak się z początku wydaje.

Przestrzeń Teatru Nowego Proxima daje spore możliwości. Scenograf Łukasz Błażejewski wykorzystał ją znakomicie i zaskoczył wspaniałą nocą przy świetle księżyca, którą reżyser Sieklucki z wielkim smakiem wykorzystał. Na pewno długo będę tę scenę wspominał, jak też to przedziwne, niczym u Agathy Christie zaproszenie na samobójstwo, które ma odbyć się podczas uczty.

Autor | Daniel E. Groszewski

9.09.2016


  • W październiku w Teatrze Nowym Proxima premiery: Przyjdzie Morodor i nas zje Ziemowita Szczerka w reż. Ewy Wyskoczyl (9.10.2016) oraz Las Villas Tomasza Kaczorowskiego w reż. Piotra Siekluckiego (29.10.2016)