„Siedmiu wspaniałych” [RECENZJA]

Dobrze znana historia opowiedziana na nowo. Jeden z tych filmów, który czerpie od swoich poprzedników to, co najlepsze, i zarazem wnosi sporo świeżości, jednocześnie zachowując klasę. Zakładając, że jesteśmy skazani na remaki, to film Fuqua jest dobrym przykładem tego, jak powinno się je kręcić.

Podróż po Dzikim Zachodzie zaczyna się od prawdziwego trzęsienia ziemi. Podczas pierwszych kilkunastu minut Antoine Fuqua serwuje widzowi trzymające w napięciu otwarcie, które zgrabnie przechodzi w prawdziwą wybuchową mieszankę strachu, miłości i nienawiści. I wcale się na tym nie kończy, dalej jest już tylko lepiej.

Siedmiu wspaniałych to remake, których ostatnio serwuje się nam wiele. Nastała moda na odgrzewanie wszystkiego, co tylko w jakikolwiek sposób da się reanimować, by wykrzesać z tego dodatkowy zarobek. Nie dotyczy to jednak obrazu Fuqua, przypomina on raczej western kręcony z miłością, z sentymentu do gatunkiem, który obecnie jest tak mocno zaniedbywany. Oczywiście nie sposób pominąć inspiracji dziełami Kurosawy, czy Strugesa, jednak to nie powinno wpływać ujemnie na ocenę Siedmiu wspaniałych. Nowa wersja nie jest może idealna, jednak na pewno zasługuje na bliższe poznanie.

Film nie galopuje, początkowo akcja rozwija się powoli, w sposób pozwalający na przedstawienie każdego z bohaterów, a uwierzcie mi, jest kogo przedstawiać. Dopiero w kolejnej części akcja znacząco nabiera tępa, są wybuchy i świszczące w powietrzu kule, jednak nawet wtedy, gdy na ekranie dzieje się wiele, cały czas mamy klarowny obraz sytuacji. Poszczególne postaci bez problemu odnajdują się na polu bitwy, dzielimy z nimi ich emocje, cierpimy, kiedy oni cierpią, nawet drobne triumfy smakują jakoś lepiej. Twórcom udało się zapanować nad chaosem.

Tytułowa siódemka wspaniałych to iście wybuchowa mieszanka. Na czele bandy stoi czarnoskóry łowca nagród Sam Chisolm (Denzel Washington). Natomiast towarzyszą mu: złotousty szuler Josh Farraday (Chris Pratt), legendarny snajper Goodnight Robicheaux (Ethan Hawke), traper-niedźwiedź w ludzkim ubraniu (Vincent D’Onofrio), azjatycki mistrz ostrzy Billy Rocks (Byung-hun Lee), poszukiwany listem gończym meksykanin Vasquez (Manuel Garcia-Rulfo) oraz poróżniony ze swym plemieniem Indianin Red Harvest (Martin Sensmeier). Zgodnie z nakreśloną już wiele lat temu historią stają oni naprzeciwko okrutnego człowieka interesu, który siłą chce zmusić ludność małej wioski do opuszczenia swych domów. Opowieść prosta, jednak nie prostacka, niesie bowiem ze sobą wiele ponadczasowych wartości jak braterstwo, honor czy miłość i żądza sprawiedliwości, niekiedy zwana zemstą.

Zróżnicowana rasowo obsada może przywodzić na myśl modę na poprawność polityczną w amerykańskim kinie. I najwyraźniej spora część publiczności ma z tym duży problem. Świadczą o tym dobitnie fora i narzekanie na ciemnoskórego bohatera – łowcę nagród – w dziewiętnastowiecznej Ameryce. Osobiście uważam, że takie dobranie aktorów pracuje na korzyść filmu. Mieszanka postaci sprawdza się idealnie i dzięki znakomitej grze aktorów otrzymujemy prawdziwy spektakl osobliwości. A to jeden z głównych elementów, który przemawia za obrazem Fuqua.

Urzeka także Dziki Zachód. W ujęciach można się zakochać, to powrót do wspaniałych czasów westernów, kowbojów przemierzających wypaloną słońcem prerię, szybkich rewolwerowców i niebezpiecznych Komanczów. Gorączka złota powróciła do kin w starej, dobrze sprawdzonej formie. Fuqua nie stara się bowiem wymyślić koła na nowo, stworzyć gatunku opartego o western na XXI w., a byli już tacy co i kosmitów wplatali do historii o naganiaczach bydła. Podobny scenariusz mógł spotkać remake tego klasyka i tak mielibyśmy wspaniałych w klimacie space opera.

Siedmiu wspaniałych nie ustrzegło się także drobnych potknięć. Kuleje przede wszystkim historia. Akcja rozwija się powoli, film trwa ponad dwie godziny, brakuje wyraźnego zarysowania niektórych elementów fabularnych. Początkowo można to przeoczyć, jednak wcale nie trudno doszukać się luk w motywacji bohaterów do obrony miasteczka, z którym na dobrą sprawę nie mają nic wspólnego. Sam motyw potyczki także nie jest niczym odkrywczym. Ostatnia sprawa to wspomniana już w tekście poprawność historyczna, jednak wszystkie te elementy giną w natłoku pozytywnych wrażeń. A mówiący piskliwym głosikiem Vincent D’Onofrio wynagradza naprawdę wiele.

Film nieuchronnie zmierza w stronę starcia pomiędzy złymi i dobrym Amerykanami. Ostateczna potyczka, obrona małego miasteczka, została zrealizowana zgodnie z duchem współczesnego kina akcji. Nastaje czas bohaterów i podniosłych momentów, brak jednak wyświechtanego patosu. Zakończenie, jak cały film, ma swój urok. I oczywiście można doszukiwać się minusów zanim się jeszcze Siedmiu wspaniałych zobaczy, jednak negatywne nastawienie tutaj nie pomoże. Odświeżona wersja tej klasycznej historii zaproponowana przez Fuqua naprawdę zasługuje na to, żeby dać jej szansę. Nie jest to film perfekcyjny, ale już z pewnością bardzo dobry. I nie dajcie sobie wmówić, że świetny Denzel Washington nie pasuje do westernu tylko dlatego, że jest czarnoskóry, jest wręcz przeciwnie.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina