Edward Snowden amerykański sygnalista, który zamordował swój Amerykański Sen. Wywołał burzę i lawinę poważnych dyskusji, sprawił, że Oliver Stone postanowił nakręcić o nim film, i tutaj pojawia się kluczowe pytanie: czy było warto?

Najogólniej mówiąc: nie.

Za filmem przemawia pozornie sporo: ciekawa postać Edwarda Snowdena, człowieka, który doprowadził do ujawnienia tajnych informacji dotyczących podsłuchów i wszechobecnego szpiegostwa. Zachwiał poczuciem prywatności milionów Amerykanów. Znakomity Oliver Stone raz kolejny staje za kamerą, by przybliżyć nam tę historię. Zaskoczeniem może się także okazać powrót Nicolasa Cage’a, który z każdym kolejnym filmem zdaje się wypalać coraz bardziej.

Wspomniani panowie powoli sobie dogasają, lata swojej świetności mając już dawno za sobą. Utracili pewną cząstkę siebie, są niemal jak człowiek z amputowaną ręką. Potrafi dostrzec, że już nic z tego nie będzie, że jej tam zwyczajnie nie ma, pozostał jedynie kikut. Wciąż swędzi, denerwuje, jednak już nie ma jak podrapać.

Historia Snowdena (Joseph Gordon-Levitt) także wielu zdenerwowała i to do tego stopnia, że musiał on szukać schronienia za niegdysiejszą żelazną kurtyną. Brzmi jak bajka, niespełniony geniusz postanawia wystąpić przeciwko nękającemu udręczoną ludność systemowi, wyciągając na wierzch sporo brudów. System w odwecie wydaje na niego wyrok, nazywa zdrajcą narodu, podczas gdy ten sam naród spogląda z niedowierzaniem to na nagłówki gazet, to na swoje telefony i komputery. I nim na dobre w kraju zawrze, tajemniczy bohater umyka na drugi koniec świata.

Wielbiciele teorii spiskowych nerwowo pokiwali głowami powtarzając: a nie mówiłem, a cała reszta, może z delikatną obawą, jednak i tak powróciła do swych telefonów, rozmów i podsłuchów. Problem pozostaje, jednak jest to jeden z tych elementów naszego codziennego życia (przynajmniej tego amerykańskiego), z którym można się jedynie pogodzić. I teraz pozwolę sobie wrócić do początku: czym tak naprawdę jest Snowden? Otóż historia opowiedziana w filmie nawet jeśli stara się przybierać szaty publicystycznej biografii, to całości towarzyszy nieznośne uczucie, że: to wszystko to tylko bajka – tylko spójrz jak to wygląda. Przyglądamy się, by szybko dojść do wniosku, że całkiem niezgorzej: ot kolejny pseudosensacyjny film, opowieść z gatunku od zera do bohatera. Szkoda tylko, że całe to oparte na faktach gdzieś się ulatnia.

Edwarda poznajemy w 2004 roku, kiedy porzuca wojskowe szkolenie przez niefortunny wypadek w koszarach. Pogrąża to w ruinie jego plany o karierze w Siłach Specjalnych, jednak będąc jeszcze w szpitalu dowie się, że można pomagać swojemu krajowi na wiele różnych sposobów. Z perspektywy czasu i dokonań Snowdena brzmi to niemal jak słaby żart, zwłaszcza, że ostatecznie w 2013 roku wylądował pod ciepłą spódnicą kochającej Matki Rosji. Bajka. Dosłownie.

Historia, tak poważnie, stanowi niemal idealny grunt do długich przemyśleń i debat politycznych na tematy dotyczące bezpieczeństwa narodowego z jednoczesnym poszanowaniem praw człowieka. Dwa trudne tematy, które niełatwo ze sobą pogodzić. Z tego punktu widzenia film, czy raczej sama historia Snowdena i innych sygnalistów nabiera całkiem nowego znaczenia. Rzuca światło na zagrożenie, jakie niesie ze sobą posiadanie kręgosłupa moralnego w zdemoralizowanym świecie rządowych agencji. Pokazuje, że dla nielojalnych nie ma miejsca, nawet jeśli postępują oni w zgodzie z własnym sumieniem i ogólnie przyjętymi zasadami moralnymi. Temat  rzeka, jednak film może stanowić jedynie pretekst do dalszych poszukiwań, nie zaoferuje widzowi pełnego zarysu polityczno-społecznego zjawiska sygnalistów.

Chciałbym jednak zaznaczyć: tekst ten nie ma na celu udowodnienia, że Snowden jest filmem złym, po prostu niekoniecznie warto go oglądać – zwłaszcza w tym momencie. Nie jest to dzieło Stone’a, do jakich przyzwyczaił nas w przeszłości. Mam wrażenie, że brakuje tu wielu szlifów i wymiany kilku niekoniecznie udanych pomysłów, aby ostatecznie otrzymać coś na wzór Spotlight. Jednak na to wszystko jest już zdecydowanie za późno.

Sygnalista (ang. whistleblower, dosł. „człowiek dmuchający w gwizdek”) – osoba nagłaśniająca działalność, która według niego jest najprawdopodobniej nielegalna lub nieuczciwa. Źródło: Wikipedia

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina