- REKLAMA -
Eleven Bike Fest

Son Lux istnieje już 10 lat. To fakt numer jeden. Tym numerem dwa jest to, że trio wydało kolejny album. Najpierw solowy projekt, obecnie zespół po raz szósty sprawia, że mrowią plecy, uszy, kora mózgowa, dusza.

Muzyka Son Lux określana jest różnie: trochę tu post-rocka, trochę alternative hip hopu i jeszcze odrobina trip hopu. Do mnie przemawia tutaj jedno słowo: trip. Każdy album zespołu porównać można do narkotycznego transu, w którym pełno przesterów, dysonansów, kakofonii i tego całego dźwiękowego bajzlu, a mimo to mieszanka ta sprawia, że każdy utwór zostaje w całości wsiąknięty przez mózg jak woda przez gąbkę.

Brighter Wounds to już szósty album nowojorskiego tercetu. Warto zaznaczyć, że pomimo liczby dotychczasowych wydawnictw oraz dziesięciu lat działalności na scenie styl w jakim prezentowane są utwory zmienił się kosmetycznie. I to… dobrze, bo Son Lux brzmi diabelsko przyjemnie, fundując ogromną liczbę bodźców do odebrania by za moment zwolnić i człowieka zwyczajnie wyłączyć.

Jaki jest zatem najnowszy album Son Lux? Jest nierówny w tempie, pełen dźwięków od smyczków, przez klawisze, gitarę elektryczną, po syntezator i przesterowany bass. Brighter Wounds to album kompletny muzycznie, tekstowo, smakowo. Wokal Ryana Lotta zapada w pamięć za sprawą możliwości w skali oraz charakterystycznego brzmienia, które na myśl przywodzi mi Jóna Þór Birgissona Sigur Rós. Nie pytajcie czemu, być może chodzi o falset i samą wysokość głosu, wiem jedynie, że mój mózg szufladkuje te dwa wokale razem.

Na płycie każdy utwór, od Forty Screams, przez SlowlyAquatic czy Surrounded, aż do Ressurecrtion to 100% Son LuxSon Lux. Muzyka grana przez chłopaków z Nowego Jorku z jednej strony odpręża, z drugiej jednak człowiek czuje wewnątrz jak sztywnieje mu kark i budzi się w nim niepokój. W instrumentalach i melodii wokalu jest tyle smaczków, że jeden odsłuch albumu to za mało, by każdy wyłapać. W tekstach pełno jest również sprzecznych uczuć. Son Lux nie patyczkuje się ze swoim odbiorcą – oni po prostu chcą podczas tych dziesięciu utworów kilkukrotnie zmiażdżyć i ugłaskać twoje serce. I to w taki sposób, abyś po ostatniej nutce prosił o więcej.

Po przesłuchaniu albumu do mojej głowy zakradła się smutna konkluzja. Son Lux mnie znowu nie zawiódł, przez co wywindował moje oczekiwania względem kolejnych nagrań do jeszcze wyższego poziomu. Brighter Wounds to album świetny, pozostawiający człowieka roztrzęsionego odczuciami jakie towarzyszą odsłuchowi. Ja jednak za najlepszy krążek zespołu i tak będę stawiał Lanterns z takimi utworami jak Easy czy moje najukochańsze Lost it to trying.


Autor: Patryk Rudnicki

Zdjęcie: okładka albumu, mat. pras.