Przyjemna w odbiorze opowieść o romantycznej miłości pomiędzy angielskim oficerem wywiadu a seksowną działaczką francuskiego ruchu oporu w świecie opętanym przez podstępną wojnę.

Reżyser Robert Zemeckis chyba się trochę zagalopował, chciał opowiedzieć jedną historię, wyszła nieco inna. Zwiastun, pomijając fakt, że zdradza połowę fabuły, sugeruje film w znacznym stopniu nastawiony na akcję, szybkie tempo szpiegowskiego thrillera osadzonego w okrutnych realiach wywiadu II Wojny Światowej. Okres się zgadza, jednak cała reszta już nie.

Sprzymierzeni to quasi-szpiegowski romans, w którym podążamy śladami dwójki bohaterów Maxa Vatana (Brad Pitt) oraz jego uroczej towarzyszki Marianne Beauséjour (Marion Cotillard). Film całkowicie skupia się na miłosnej relacji pomiędzy nimi. Począwszy od wspólnej, śmiertelnie niebezpiecznej, misji w Casablance, a skończywszy w małym domku w jednej z dzielnic Londynu. W taki sposób powinien też zostać ten film przedstawiony, jednak podejrzewam, że wtedy sale kinowe nie pękałyby w szwach.

Pomiędzy jednym całusem a drugim Max zmuszony jest do prowadzenia mikro śledztwa, które ma na celu udowodnienie, że miłość jego życia jest tym, za kogo się podaje. Samo śledztwo jest nudne i bez polotu, a jego zwieńczenie wręcz głupie. Gdyby się nad tym dłużej zastanowić to pan Vatan robi rzeczy wręcz irracjonalne, doszukuje się elementów układanki, które i tak ostatecznie zamierza zignorować. Jako postać jest tragiczny. Niestety, ale i Marianne nie pozostaje bez winy, choć jej postępowanie możne jeszcze jakoś wytłumaczyć.

Gwiazdorska obsada to na pewno jeden z elementów, który nie tylko może się podobać, ale także stanowić dobry pretekst, by dać Sprzymierzonym szansę. Na pochwałę zasługuje Cotillard, bo jednak stara się dużo bardziej niż jej ekranowy partner, który trochę wyszedł z wprawy. Daleko mu do poziomu z Bękartów Wojny i porywającego porucznika Aldo Raine. Pozostaje mieć nadzieję, że to jedynie chwilowy spadek formy i szybko stanie ponownie na nogach. Może to też wina braku chemii pomiędzy Bradem i Marion, może po prostu nie zostali stworzeni do wspólnych miłosnych gierek.

Zakończenie jest bardzo charakterystyczne dla melodramatów: okazuje się, że miłość jest wieczna, ale i ona musi ustąpić w starciu z potęgą machiny wojennej. W takich czasach nie można zachować neutralności. Skutkuje to scenami, podczas których przyjdzie nam uronić kilka łez, są jednak także zwroty akcji i jeden (kluczowy) został nam zaserwowany właśnie na samo zwieńczenie, niczym wisienka na torcie. Niestety film nie potrafił zbudować wystarczającego napięcia, by moment odsłonięcia wszystkich kart wywołał u widza porządne emocje. No chyba, że twórcy mierzyli w ich brak, w takim wypadku wyszło świetnie.

Nie mogę nazwać tego filmu kiepskim, nawet pomimo tych wszystkich wad, które wymieniłem powyżej. Twórcy sprawili, że spodziewałem się czegoś nieco odmiennego od wersji finalnej. Kilka elementów faktycznie im nie zagrało, jednak przy doborowej obsadzie aktorskiej, sprawnej ręce reżysera i ciekawym tle fabularnym jest to wciąż obraz na pewnym poziomie. Nie powala, jednak plasuje się nieco powyżej średniej.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina


Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU