Od pierwszych jej stron dałam się pochłonąć dusznej ciemności. Wchodziłam w trudny i brudny świat wałbrzyskiego społeczeństwa. W baśń, która jest rzeczywista i przerażająca. „Ciemno, prawie noc”Joanny Bator, najlepsza powieść roku 2013  pojawiła się w moim domu o wiele za późno. Kiedy jednak już trzymałam ją w rękach, cieszyłam się jak dziecko.

Zaczyna się zwyczajnie. Ona wraca do domu, do miejsca, w którym nie była kilkanaście lat. Jest dorosła. Jest dziennikarką. Taką, co to przed nią nic się nie uchowa. Dom stoi pusty od lat. Nie ma już w nim nikogo, za kim by tęskniła. W mieście jej dzieciństwa nie ma niczego, co sprawiałaby, że będzie czuła się w nim dobrze. No, może poza Panem Albertem. Starym przyjacielem, który jak się później okazuje, zna najciemniejsze i najsmutniejsze tajemnice jej rodziny. Ale po jakiego diabła wraca, skoro z tym miejscem, tym domem wiąże się dla niej zbyt wiele traumatycznych wspomnień? Po co? Przecież uciekła i nie chciała wracać!

Alicja od początku przypominała mi mnie. Kupiła mnie już od pierwszej strony. Na niej czwarta linijka od końca (w wydaniu III G.W.B.) była prawie wyrwana z mojego życiorysu. Bohaterka po pogrzebie ojca wsadziła klucz od domu w czerwony portfel. Przekładała go do kolejnych czerwonych portfeli, aż w końcu do tego, który dostała od mężczyzny. Zupełnie jak ja. Ja nie przekładam klucza. Przekładam wspomnienia, kawałki serca. Zdjęcie syna i ojca. Złamany kolczyk. Obrazek z Matką Boską. Szlifowane szkiełko i tekturowy kartonik z numerem 21. Gdybym je wszystkie opisała powstałaby pewnie piękna historia o wielkiej miłości, stracie, rodzicielskiej trwodze i radości. Z żalem i tajemnicą w tle. Ale nie pora teraz na to. Pora na Alicję i jej demony. Na ektoplazmę, z którą i ja żyję w zgodzie. Bo trzeba żyć w zgodzie z sobą.Z tym co nas dotyka. Z tym co może przyjść. Ale nie wolno mylić tego, ze zgodą na zło, które nas otacza. Za to Alicja zgadza się na podróż w głąb siebie i w głąb Wałbrzycha. Na swojej dziennikarskiej drodze spotyka to, co niewytłumaczalne: rzeczy i ludzi, których nijak nie da się sklasyfikować.

Postaci Bator są żywe. To ludzie z krwi kości. Dobrze napisani. Dobrzy i źli. Radośni marzyciele, jak ojciec głównej bohaterki i skrzywdzeni przez los popaprańcy krzywdzący innych – jak choćby matka. Dobre dusze i kotojady. Kociary i oprawcy. Mieszają się, jak w kotle. Dobro ze złem. Czarne z białym. Miłość z bólem. Życie ze śmiercią. Kalejdoskop zdarzeń. Niekochane białowłose dziewczynki. Zaginieni chłopcy. Gwałt i cierpienie. Piękna księżna owiana tajemnicą i piękna szalona Ewa. Smutny Albert w pilotce. Alicja, jak statek bez portu. Marcin z tajemnicą na dnie serca. Królowa Mięsa i jej syn. Wrażliwy dyrektor domu dziecka. I wiele, wiele innych. Prawdziwy przekrój społeczeństwa. Aż chce się stanąć pośród nich. Zapytać dlaczego? Po co? Co by było gdyby? Przeanalizować każdego z osobna. Wyleczyć. Pomóc. Zdarzenia następują po sobie lawinowo. Musiałam czasem zwalniać, by samej sobie zadać te pytania. W książce nie na wszystkie znalazłam odpowiedź. I dobrze. Nie lubię dostawać wszystkiego na tacy.

Zachwycił mnie język powieści, który wraz z rozwijająca się historią ewoluuje. Raz jest przyjazny, zachęcający, dziecinnie prosty i baśniowy. Innym razem lepki, oplatający, niebezpiecznie odpychający tępym bełkotem jak pijak walący się do rynsztoka. O ile ten pierwszy sposób pisarstwa Bator powodował nieustanne czytanie, o tyle ten drugi spowalniał i budził we mnie chęć przejścia przez niego jak najszybciej. Całość ma dokładnie to, czego potrzebuje współczesna dobra proza.

„Ciemno, prawie noc” jest dla mnie historią siłaczki podejmującej się wykonania zadania. Niewykonalnego. Siła i upór bohaterki, splot zdarzeń, tajemnic, duchów wypełzających z biedaszybów, z grobów i ze starych książek prowadzą jednak do happy endu. Że jest cień szczęścia i światło. Obietnica na lepsze jutro. Przesłanie do nas, że im dalej będziemy uciekać, tym bliżej znajdziemy się tego, przed czym uciekamy. Może więc nie warto? Może z duchami trzeba się zaprzyjaźnić? Dam im jeść i pić. Przechowywać klucze i przekładać pamiątki do kolejnych czerwonych portfeli.

 

Autor: Sabina Misakiewicz