Środowa Sabina Misakiewicz: Dzień świra

Znów środa. Dopiero była środa tydzień temu… Ale jeśli dzisiaj znów jest środa, to znaczy, że czeka mnie nie lada wyzwanie. Wisi nade mną jak miecz Damoklesa. Tydzień temu było łatwiej. Byłam zdrowa. Neurony iskrzyły. Dzisiaj mam dreszcze. Odebrało mi głos. Kaszel zdziera gardło. Siadam przed białą kartką monitora i próbuję wykrzesać z siebie odrobinę siły.

Za oknem 37 stopni w cieniu. W domu niewiele mniej. Kiedy włączam wiatrak, by orzeźwić się nieco przy tym diabelskim upale, to robi mi się zimno. Zaś gdy go wyłączam, to nie mam czym oddychać. I tak w kółko Macieju.  No i jeszcze ta niemoc twórcza. Siedzę przed monitorem i myślę jak sklecić paręnaście zdań popartych wiedzą i polotem.

Czuję się jak Adaś Miauczyński w „Dniu świra”. Nie zapomnę, sceny w której zabierał się za pisanie. Z namaszczeniem przygotowywał siedzisko, podciągając niezliczoną ilość razy, to koszulę za kołnierzyk, to spodnie w kroku, żeby nic się nie wrzynało, nie gniotło. Ołówki układał blisko i kubek z kawą, bo wiadomo, że kiedy człowiek siada do pracy, to wszystko musi być pod ręką i nic nie może mu przeszkadzać, by po tych wszystkich staraniach przez jakiś drobiazg wszystko szlag trafił. I u mnie tak samo. I już mnie się zdaje, że wypłynęłam „na suchego przestwór oceanu”, by nagle rozkasłać się tak, że oczy zachodzą łzami, gardło piecze jakbym lawę połknęła, a na wytarcie nosa tracę co najmniej pięć minut. I tuzin chusteczek. Zasmarkany los. I jeszcze to pukanie do drzwi. Wstaję tracąc skupienie i myśl przewodnią. Przez judasz widzę człowieka, który prosi o poratowanie. Nie otwieram, bo wiele razy już otwierałam, a potem okazywało się, że dałam się naciągnąć. Jak Miauczyński. Więc tym razem nie daję się naciągnąć. Wracam, ale nie siadam do laptopa tylko otwieram  książkę. Wyjmuję z niej zakładkę z twarzą Bartoszewskiego, którą zrobiłam z programu o filmie dokumentalnym i zaczynam czytać – Jana Jakuba Kolskiego „Egzamin z oddychania”. Jestem w połowie. Usłyszałam o niej w programie telewizyjnym, w którym  zapraszający mało kiedy dopuszcza do głosu swoich rozmówców.  Ale, że tym razem gościem był nie byle kto, tylko sam mistrz, twórca „Kina w Popielawach”, „Jańcia Wodnika” czy „Afonii i pszczół”, więc miał siłę przebicia i szansę na skończenie myśli bez wcinania się prowadzącego. Panowie kadzili sobie i jedli z dzióbków, ale też przedstawili kilka fragmentów z książki, które mnie zaciekawiły. Mimo mocno naerotyzowanej treści  było w niej coś jeszcze.  I to „coś jeszcze” ciągle trzyma mnie za gardło. Ale to nie kaszel. Nie wiem dlaczego tak jest. Czy dlatego, że bohaterka Muszelka  jest tak oddana miłości do swojego Sandowa, że świat dla niej mógłby nie istnieć? Czy może dlatego, że on kocha ją tak, że nie jest mu straszna śmierć? A może, dlatego że bajdurzenie Kolskiego jest mi zwyczajnie bliskie. Tak jak jego filmy. A może wreszcie dlatego że… znalazłam tam kawałek siebie. Siebie czuwającej przy szpitalnym łóżku taty, ściskając za ukochaną, pergaminową dłoń, jak Sandow ściskał dłoń odchodzącej matki. Czytam kolejnych kilka stron i już wiem, że neurony zaczęły iskrzyć, że już nic nie jest w stanie wyrwać mnie ze skupienia. Żaden kaszel. Żaden katar. Wprawdzie czuję dreszcze, ale wiem, że to nie to letnie przeziębienie.  Zamykam oczy i wypływam „na suchego przestwór oceanu”.

Autor | Sabina Misakiewicz