Westerny oglądałam z tatą. Było ich mnóstwo. Mieliśmy oczywiście swoje ulubione: „W samo południe”, „15:10 do Yumy”, „Rzeka bez powrotu”, ” Kasia Ballou”,  „Siedmiu wspaniałych” czy „Pat Garrett i Billy Kid”. W czasach, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że kiedyś będzie coś takiego jak Internet, DVD, i pendrive’y wszystkie filmy nagrywało się na VHSy . Kaseta z ulubionym westernem taty była jak relikwia.

 

Nigdy nie zapomnę uczucia, kiedy wtulona w ojcowskie ramię płakałam na końcowej scenie w filmie „Pat Garrett i Billy Kid”. Padały strzały, tata wierzchem żylastej dłoni wycierał oczy, Billy Dzieciak wypadał przez drzwi hacjendy, ktoś dostał w nos, na werandzie zaskrzypiała huśtawka. Twarz Pata Garretta była przerażająca jak najstraszniejsza noc. Piosenka Boba Dylana „Knockin’ On Heaven’s Door”, która zawsze będzie mi się kojarzyła z tym filmem, powodowała u mnie gęsia skórkę. I nie ma takiej ludzkiej siły, żebym pozostała niewzruszona, gdy słyszę polską wersję tej ballady noszącą tytuł „Gwiazda szeryfa”, a której słowa znam lepiej niż pacierz: „Zdejmijcie mi szeryfa gwiazdę, bo bardzo ciąży na piersi mej. Billy byłeś moim przyjacielem, lecz od mej kuli musisz paść. Puk, puk puk, do niebios wrót. Puk, puk, puk do niebios bram”…

Dlaczego o tym piszę? Bo ta gwiazda do mnie powróciła. W miniony poniedziałek z rodziną wybrałam się do kina na disney’owskiego „Jeźdźca znikąd”.  Jasne, że to nie to stare dobre kino, ale w niczym nie odbiega od gatunku. Współczesny western ma w sobie wszystko, co powinien mieć: stróża prawa z błyszczącą gwiazdą, bandziorów, Indianina, konia i wątek miłosny. Nie pamiętam, żebym oglądała „Jeździec znikąd” będąc dzieckiem, ale wiem, że to kultowy bohater amerykańskiego kina. Dzisiaj widzimy go w nowej odsłonie dzięki twórcom „Piratów z Karaibów”. Gore Verbinski  po raz kolejny pokazał klasę i już wiem, że film będzie sukcesem. Wszystko tu się układa w spójną całość. Wartka akcja, piękne zdjęcia Bojana Bazelli i muzyka Hansa Zimmera wbijają w fotel. Już dawno tak dobrze nie bawiłam się w kinie. Między innymi też ze względu na parę aktorów Armie Hammera i Johnny Deppa. Nie uwierzę, jeśli ktoś powie, że ten film mu się nie podobał. Oni nie mogą się nie podobać. Są stuknięci, że aż miło. I dzięki nim film staje się ciepły, radosny, komiczny, momentami wzruszający. Mnóstwo gagów i świetnie napisach dialogów spowodowało, że zupełnie nie miałam ochoty wychodzić z kina. Najchętniej wskoczyłabym na szalonego, gadającego konia Silvera i pogalopowała w dal. No bo jak rozstawać się z Johnnym Deppem, który jako Komańcz Tonto przechodzi sam siebie. Wprawdzie jest Jackiem Sparrowem z krwi i kości, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. W ”Jeźdźcu” po prostu zamiast pirackich atrybutów posiada indiańskie.  Mówi jak Jack, porusza się jak on i jak z rękawa sypie tekstami, które do teraz wywołują u mnie i reszty rodziny śmiech. Mam wrażenie, że to właśnie my śmialiśmy się w kinie najgłośniej, a niektóre z powiedzeń Tonto już weszły w naszą domową gwarę. Bo nie da się ukryć, że to on jest motorem całego filmu. Mimo iż główny bohater John Reid w trakcie rozwoju wydarzeń z naiwniaka w surducie, łudzącego się, że na Dzikim Zachodzie można wymierzyć sprawiedliwość bez rewolweru, zmienia się w bohaterskiego stróża prawa, który za nic ma śmierć, to i tak nie jest tak atrakcyjny jak Tonto. Zakochałam się w Deppie kolejny raz w swoim życiu i już się pewnie nie odkocham. Wspomnę jeszcze, że na ekranie pojawiła się, bo nie była to duża rola, Helen Bonham-Carter z rudych włosów burzą, jako burdelmama Red Harrington. Na nią do kina chodzę w ciemno i nigdy się nie zawiodłam. A wredna gęba znakomitego Williama Fichtnera w roli Butcha Cavenisha jest wręcz nie do opisania. Myślę, że w przyszłości można będzie straszyć nią dzieci.
W dzisiejszych czasach rzadko nagrywa się filmy na kasety czy płyty. Można je przecież obejrzeć online lub skorzystać z wypożyczalni telewizyjnej. „Jeździec znikąd” nie będzie moją relikwią, bo to nie ten rodzaj kina. Ale muszę przyznać, że jestem nim zachwycona, tak jak i mój syn. Najważniejsze, że gwiazda szeryfa ma ten sam pozytywny przekaz, a dobro znów zwycięża.

 

Autor: Sabina Misakiewicz