„Dziewczyna z szafy” profesjonalny debiut Bodo Koxa, to film na jaki kinematografia polska czekała od dawna. Ja czekałam.  Nadwrażliwcy, tacy jak ja,  długo po wyjściu z kina nie będą mogli myśleć o niczym innym. To obraz, który każdego zmusi do refleksji. Otworzy najbardziej zamkniętych na emocje. 

W filmie Bodo Koxa jest jak w zwykłym życiu. Jest osiedle, blok, mieszkania… kuchnia, pokoje, ludzie. Z każdym ujęciem wchodzimy głębiej. Głębiej do mieszkań i w relacje bohaterów. Tak poznajemy braci Jacka i Tomka. Obaj szukają miłości, której potrzebują tak jak zrozumienia. W moim odczuciu film ukazuje mechanizmy bycia odpowiedzialnym i zależnym. Opowiada o lęku o drugiego człowieka, bezsilności i szczęściu.  Jacek jest starszym bratem cierpiącego na autyzm i zespół sawanta Tomka. Zarabia na utrzymanie jako webmaster. Praca w domu pozwala mu na opiekę nad bratem, który nie radzi sobie w rzeczywistym otoczeniu. W życiu braci pojawia się znajoma z naprzeciwka – Magda. Zagubiona, odrealniona dziewczyna, która bezpiecznie czuje się tylko… w swojej szafie.  Światy Magdy i Tomka są podobne do siebie. On widzi latające sterowce, a ona dżunglę wewnątrz  szafy.  Tych dwoje nie potrzebuje słów by  się porozumiewać. Wiedzą, że teraz już w ich światach nie będzie pusto. Film Koxa to emocjonalna bomba, która eksploduje wciąż i wciąż na nowo. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Zachwycająca, genialna kreacja Wojtka Mecwaldowskiego jest godna najważniejszych nagród. Postać na miarę „Rain Mana”, a może nawet lepsza. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek ktoś wywarł na mnie takie wrażenie. Sama świadomość, jaką pracę i ile zdrowia w budowanie roli Tomka włożył aktor budzi mój do niego wielki szacunek. Żadna dotychczas zagrana przez Mecwaldowskiego rola nie odkryła jego talentu w taki sposób. Bez grania pod publiczkę, bez cienia fałszu. Piotr Głowacki w roli Jacka to strzał w dziesiątkę. Jego wcześniejsze role nie budziły mojej sympatii. Mimo iż w „80 milionach” pokazał kunszt aktorski nie wierzyłam, że mogłabym polubić jakiegoś bohatera granego przez niego. A jednak podbił moje serce.  W moich oczach staje się topowym aktorem młodego pokolenia. W „Dziewczynie z szafy” każda rola napisana i zagrana jest perfekcyjnie. Nawet epizody zasługują na wielkie brawa. Chropowaty Eryk Lubos  o fizjonomii bandyty stojący na straży prawa. Komiczny Sebastian Stankiewicz mówiący wierszem, adorator Kwiatkowskiej fantastycznie zagranej przez Teresę Sawicką, czy Magdalena Popławska i Olga Bołądź, które choć pojawiły się ekranie na kilka chwil, wyraziście wpisały się w jego całość.  Już dawno nie byłam w kinie na polskim filmie, na którym wszystko ze sobą współgra na najwyższym poziomie. Dźwięk, światło, obraz. Muzyka Filipa Zawady i Halszki Sokołowskiej nadająca specyficzny sigurorosowski klimat całemu obrazowi. Już dawno nic  mnie tak nie poruszyło, nie rozbawiło. Śmiałam się i płakałam zupełnie nie zważając na ludzi siedzących obok, bo oni też płakali, też się śmiali w tych samych chwilach co ja. Wiele godzin po obejrzeniu filmu wciąż przeganiam znad głowy olbrzymie sterowce, słyszę muzykę  i widzę przerażone spojrzenie Tomka.

Takie kino jakie prezentuje Bodo Kox i jego aktorzy, jest kinem na jakie warto było czekać. Ja czekałam.

 

Autor | Sabina Misakiewicz

 

 

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Kox wyskoczył z szafy