Fascynacja powieścią „50 Twarzy Greya” Eriki Leonard owładnęła cały świat. Przeczytało ją ponad 70 milionów ludzi . Ta liczba ciągle rośnie, a książka już niebawem doczeka się ekranizacji. Przepraszam, ale jestem z innej bajki.

Kilka dni temu przeczytałam u koleżanki na facebooku, jak to wszystkimi siłami starała się przejść przez „50 twarzy Graya”. Nie podołała.  Tak jak i ja. Margaret Thatcher mawiała „Nie idź za tłumem, bo nigdzie nie dojdziesz” i miała rację. Zwykle więc tego nie robię. W przypadku Greya przełamałam się jedynie ze względu  na chęć posiadania własnego  zdania i możności wypowiedzenia się w tej  jakże emocjonującej, światowej dyskusji. Teraz, po tym jak idąc ugorem,  dobrnęłam do pięćsetnej strony mówię dość. Sobie. Przeczytałam kilkaset stron z nadzieją, że może ja się mylę, może to jest jednak dobra książka, może gdzieś jest fabuła, tylko  się ukryła pomiędzy „wewnętrzną boginią” a  „smaganiem pejczem”.  Bardzo się starałam. I wiem, narażam się szerokiej rzeszy fanów, ale nie umiem powiedzieć o Greyu dobrego słowa.  Fabuła się nie ukryła, jej po prostu nie ma. Stylistyka zalatuje pamiętnikiem uczennicy. Grafomania w trzech tomach.  Ja uważam, że książka  jest obłędnie słaba, ale niektórzy mówią, że to wina złego tłumaczenia. Nie sądzę jednak, żeby można było wydusić z niej jakakolwiek treść, nawet przez inne tłumaczenie. Tak też było ze „Zmierzchem” Meyer.  A większość czytelników pieje z zachwytu. Nad czym? Może nad pożal się boże scenami seksu? Podobno „50 twarzy Greya” stała się Kamasutrą  dla gospodyń domowych. Podobno Polacy sięgając po tę książką zmienili swoje życie seksualne. Myślę sobie,  o mój Boże, co my biedni byśmy poczynili bez instrukcji Eriki Leonard. Ale też zastanawiam się jaki wpływ na przeciętnego czytelnika ma ta książka, a jaki na czytelnika, którego gust literacki jest o ileś poziomów wyższy?  Bardzo długo myślałam o tym, czy książki pokroju Greya powinny być dopuszczane do druku?  W moje życie „50 twarzy Greya”  niczego nie wniosły, nie poczułam nic, prócz zażenowania dramatycznie niskim poziomem czytadła. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale sama z sobą źle się czułam, że w ogóle przebrnęłam przez te kilkaset stron. Mam wrażenie jakbym na zawsze zbrukała swoje poczucie wiary w pisarstwo, które jest pewnego rodzaju darem, powołaniem. Zmieniło się moje spojrzenie  na wydawców i światowe listy bestsellerów. Siostry Bronthe przewracają się w grobach.  Bo skoro podaje mi się coś, po czym do dzisiaj mam niesmak, to ja dziękuje za takie bestsellery. Idąc dalej,  ponad połowa społeczeństwa nie czyta w ogóle i nie ma pojęcia o literaturze. Jednak jeśli sięga po „50 twarzy Greya” i jeśli dzięki tej książce przeczyta inne, które będą rozwijały w jakikolwiek sposób, to  jest to dobre.  Ale problem  w tym, że jeśli podobne „produkty” będą się mnożyć, to na księgarskich półkach zabraknie miejsca dla dobrej literatury, mądrych książek i prawdziwych autorów, którzy nie piszą do kotleta.  Z Grayem w moim wypadku jest jak z piosenką  „Ona tańczy dla mnie” zespołu Weekend. Żeby  nie wiem co, nie zmienię zdania na temat jednego i drugiego. Według mnie milion odsłon na youtube nie świadczy o tym, że coś jest dobre. Ale mam czyste sumienie, spróbowałam i  wiem: Gray w trzech odsłonach nie jest dla mnie. Czekam jeszcze na informację, co do produkcji filmu. Doszły mnie bowiem słuchy, że główną rolę męską miałby zagrać świetny amerykański aktor Ryan Gosling. I jeśli on przyjmie tę propozycję, to przysięgam, świat spada na psy.

 

Autor: Sabina Misakiewicz

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOFE nie zostaną zlikwidowane
Następny artykułUrodziny prezydenta Wrocławia
Pedagożka, dziennikarka, reżyserka. Miłośniczka literatury. Kocha rodzinę, teatr i podróże. Unika złej energii i złych ludzi. Wierzy w przeznaczenie.