Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka. Wiem o tym doskonale, a moi znajomi utwierdzają mnie, że mają podobnie. Choć przyzwyczaiłam ich już, że mój felieton ukazuje się dopiero późnym popołudniem, to zdarza się, że dzwonią lub piszą z zapytaniem: kiedy wreszcie będzie? Dzisiaj jest wcześniej, ale… Jak to w życiu, zawsze jest jakieś ale.

Tak naprawdę to piszę dzisiaj tylko o tym, że zabrakło czasu na felieton, na przemyślenia. Siedzę właśnie w aucie w drodze do Giżycka, gdzie czeka mnie przez najbliższe dni ciężka praca i niejako domykanie drzwi. Oczywiście droga z Wrocławia, choć rozpoczęta wczesnym rankiem dłuży się niewiarygodnie. Ma to jednak swoje plusy. Jest czas na refleksję. Myślę więc i zastanawiam się, o czym mogłabym dzisiaj napisać. O tym, że jestem absolwentką Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, o której ostatnio jest głośno z racji próby przyznania tytułu doctora honoris causa? A może o tym, że już po weekendzie obsada „Mistrza i Małgorzaty” rozpocznie próby z orkiestrą? Gdybym się zatrzymała na dłużej, to mogłabym też pewnie napisać o innej kulturze… tej na naszych polskich drogach. Cóż, czas mnie goni, a kilometry mijają zbyt wolno. Muszę więc moje chęci odłożyć na przyszły tydzień. Może podzielę się wtedy przemyśleniami z podróży, a może spotka mnie coś, o czym koniecznie będę musiała opowiedzieć. Na razie życzę powrotu lata, bo jak potocznie mówią: „to strasznie słabe, żeby jesień przyszła już w połowie sierpnia. Przecież mamy jeszcze ponad tydzień wakacji”. My może nie, ale nasze dzieci mają. A nam cóż szkodzi pozażywać jeszcze trochę słonka, przecież dzięki niemu wydziela się hormon szczęście.

Autor | Sabina Misakiewicz