Jesień, jesień, spadają liście z drzew…  Wracałam do Wrocławia z daleka. Obrazy migały przed oczami. Patrzyłam z niedowierzaniem na zmieniające się kolory. Nie ma już soczystej zieleni, żółtych pól, jasnego nieba.  Ostatnie podrygi lata. Niestety.

Nie lubię, kiedy mija ten stan lekkiego rauszu spowodowanego temperaturą, błękitem nieba i ogólną wakacyjną lekkością. Za chwilę błogostan zastąpi nostalgia. Już teraz czuć w powietrzu ten specyficzny zapach, który oddaje ziemia tuż po deszczu. Drzewa gubią liście. Lada moment zacznie się sezon noszenia parasola, ciepłych skarpet i szali… Przyjdzie czas otulania się kocem  i zapachu książek znad parującej herbaty.  I coś jeszcze…  I tu poprawia mi się humor. Ruszy nowy sezon teatralny.

Ostatnich kilka dni spędziłam w pięknym miejscu, w którym mieszkałam przez kawał czasu. Odwiedzałam przyjaciół i znajomych. Wspominałam dobre i złe chwile. Podczas jednej z długich nocnych rozmów, przyjaciółka zapytała mnie: dlaczego właściwie wyjechałaś? Miałaś tu dobrą pracę, własne mieszkanie i ludzi, którym na Tobie zależało. Dlaczego? Przez chwile chciałam powiedzieć coś, co zwykle odpowiadam, kiedy ktoś mnie o to pyta, ale nie, nie jej.  Jej chciałam powiedzieć największą prawdę.  I odpowiedziałam w dwóch słowach – dla teatru.  Ona zrozumiała. Obie nigdy nie zapomnimy wspólnej wyprawy do Olsztyna, podczas której zobaczyłyśmy ”Kompleks Portnoya” w reżyserii Oli Popławskiej. Emocje zmiażdżyły nas. Długo nie mogłyśmy przestać o tym mówić. A ja już wtedy wiedziałam, że moje miejsce jest gdzie indziej. Że muszę wrócić do Wrocławia. I wróciłam.

W tym sezonie zamierzam obejrzeć wszystko, co będzie do obejrzenia. Zaległości mam niemałe i apetyt ogromny.  Już odliczam dni do premiery „Mistrza i Małgorzaty” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka realizowanej we wrocławskim Capitolu. I czuję, że będzie to wielkie wydarzenie. Żałuję tylko, że niestety nie będę mogła go porównać z ponad ośmiogodzinną  wersją Krystiana Lupy. Czekam też na „Zachodnie Wybrzeże. Powrót na Pustynię” Teatru Polskiego, „Walentinę” Wrocławskiego Teatru Współczesnego, oryginale pomysły Ad Spectatores i artystyczne wizje mojej koleżanki sprzed lat Ewy Staroń z Centrum Inicjatyw Twórczych. Niech już się dzieje. W końcu po to wróciłam do Wrocławia.

Autor: Sabina Misakiewicz