Nie dość, że lato, to jeszcze upał. Upał wszędzie: w domu, samochodzie (zanim klima zacznie działać), w restauracjach i w teatrze. Tak, w teatrze. Kilka dni temu festiwal filmowy T-Mobile Nowe Horyzonty kręcił się jeszcze pełną parą, a w tegorocznym programie znalazło się miejsce i na teatr.

„Kliniken – miłość jest zimniejsza niż śmierć”. Chciałam to zobaczyć. Po beztroskim wylegiwaniu się nad wodą stwierdziłam, że dobrze mi zrobi odrobina sztuki. Jednak od pierwszych chwil po przekroczeniu progu „Świebodzkiego” poczułam się nieswojo. Może to ten upał. Kiedy otworzyły się drzwi na widownię publiczność przepychała się by usiąść w dobrym miejscu, a obsługa  denerwowała zwracając uwagę przybyłym, że „tamtędy nie wolno wchodzić”. I zaczęło się. Pani siedząca dwa miejsca dalej przez cały czas wachlowała się programem, a pan obok wzdychał:” uff, jak gorąco”. Po kilkudziesięciu minutach wzdychałam i ja. Ale moje westchnienia nie były w stu procentach naznaczone upałem. Wzdychałam raczej z ulga, że nie zabrałam ze sobą partnera, bo daję głowę, że nie zważając na konwenanse wyszedłby w trakcie lub nie wrócił po przerwie, tak jak jeden z moich znajomych i kilka innych osób. Czyżby nie wytrzymali upału?

Scenografia przypominała wielkie, szklane akwarium, w którym pojawiają się przeróżne postaci. Klimat raczej duszny, ciężki i przerysowany. Ludzie, jak duszące się ryby, które nie mają czym oddychać, jakby ktoś zakleił im skrzela. Bo wszyscy wciąż tam palili. Odpalali jednego od drugiego, aż piekło w gardło. Przeszkadzało mi, że fragmenty rozmów były w ogóle nie słyszalne. I jeszcze to, że poczułam się poniekąd zmuszona wejść zbyt głęboko w zawiłą konstrukcję odzwierciedlająca psychikę wariata i na dodatek sama musiałam znaleźć drogę do wyjścia. Taki chaos nie zawsze jest dobry, ale też nie jest do końca zły. Przebłyski, strzępki scen, wyrwane z kontekstu dialogi czy monologi momentami były bardzo emocjonujące, prawdziwe i świetnie zagrane. Ale wciąż ten upał. I pani permanentnie się wachlująca. Na scenie też gorączka. Coś działo się w jednym kącie, za moment w innym, a jeszcze w tym samym czasie na drugim planie sceny wyświetlano film. Równoległe światy. Masa bodźców, które ciężko naraz sobie przyswoić. Może to i świetne studium choroby cywilizacyjnej jaką jest samotność, depresja i brak miłości,  ale ja tego nie kupuję. Łukasz Twarkowski  i Anka Herbut stworzyli spektakl bardzo współczesny. Przykro mi. Mam wrażenie, że chcieli w nim upchnąć wszystko, co najlepsze. Tak się nie da, jak w modzie. Nie można na jedno wielkie wyjście założyć wszystkich par butów od Jimmy’ego Choo.

Mniej więcej w połowie pierwszej części spektaklu zrobiło mi się słabo. Myślałam tylko o tym, żeby coś się wydarzyło i żebym mogła już iść do domu. Wcześniej nie wiedziałam, że w spektaklu jest przerwa i że przedstawienie składa się z dwóch części. Kiedy okazało się, że koniec, który dla mnie byłby jak powiew świeżego powietrza, nie jest końcem, tylko przerwą i czeka mnie jeszcze przynajmniej godzina w tym zagmatwanym świecie, mina mi zrzedła. I jak na złość nie miałam papierosa. A przecież w czasie przerw w teatrze zawsze chodzi się na papierosa. Liczyłam minuty do prawdziwego końca. Nie chciałam wychodzić, bo zależało mi, żeby znaleźć w tym wszystkim coś dla siebie. Coś ważnego. Na szczęście świetnemu zespołowy udało się mnie zatrzymać. Mimo upału. Mimo pani z wachlarzem i przeświadczenia, że nie spędziłam wieczoru tak, jak chciałam. Nie da się ukryć, że zatrzymała mnie rewelacyjna jak zawsze Halina Rasiakówna, która nawet jeśli tylko paliła i klęła, robiła to zawodowo.  I jeszcze znakomity Adam Szczyszczaj, Marcin Czarnik i świeża Joanna Woźnicka. Na dalszych miejscach plasuje się całkiem dobra reszta zespołu z Mariuszem Kilianem…żałuję, ale na końcu.

Po zakończeniu spektaklu jedna część mnie wstała by oddać szacunek, tym aktorom, którzy zrobili na mnie najlepsze wrażenie. Zasłużyli na standing ovation. Zaś druga część mnie biła brawo z radością, że już może wyjść w chłód nocy.  Zbyt długie przebywanie w wysokiej temperaturze często nie prowadzi do niczego dobrego.