Felieton jest krótką formą, niewiele się w nim mieści. Trzeba więc skrzętnie ukrywać po kątach linijek wszystko, czego ukryć się nie da z tyłu głowy. A nie da się ukryć ani „Ganymed goes Europ” ani Ingi Iwasiów. 

W ubiegły piątek gnałam przez pół miasta z ważnego spotkania na ostatnie w tym sezonie i w ogóle chyba ostanie, spotkanie z „Ganymed goes Europe” w Muzeum Narodowym. Wiedziałam, że jeśli nie wskoczę do taksówki spóźnię się. Wsiadłam, ale kiedy znudzony czekaniem na jelenia taksówkarz usłyszał, że chcę przejechać zaledwie kilka przecznic, powiedział, że mam wysiąść. Wysiadłam z niedowierzaniem. Nastrój mi z lekka opadł i ręce, ale zdążyłam. We wnętrzach, w których pachniało historią i wiedzą, do których przychodziłam będąc studentką raz w tygodniu na obowiązkowe zajęcia, spotkałam się z czymś niezwykłym. Czymś, czego jeszcze nie doświadczyłam. Przeszłam niezwykłą drogę poprzez spokojny sen dziecka, naturalną, zwyczajną, bezpruderyjną nagość, uprzedmiotowienie i dwoistość kobiety, ból i śmierć zadaną przez obcych, aż do miłości bezwarunkowej, rodzicielskiej, aż po smutek i rozdarcie po stracie ukochanego mężczyzny. Przeżywałam sobie to wszystko w głowie, napawając się kunsztem warsztatu aktorów. Przyglądałam się jak poruszają ustami, oczami, dłońmi, jak operują głosem, jak fantastyczną, co ostatnio rzadko się zdarza, maję dykcję. Jak podświadomie zamieniają się po kilka razy z rzędu w maszynę, jak ich ciało jest narzędziem, zupełnie jak u Stanisławskiego. Po ciuchu wycierałam łzy wzruszenia i zachwytu. Po swojemu analizowałam odnajdując w słowach analogie z moim życiem i moimi demonami, które buszują w duszy. I tak, jak taksówkarz przerwał mi miłą, choć spieszną podróż do Muzeum, tak w Muzeum pewien widz przerywał mi obcowanie ze sztuką rzucając kąśliwe i seksistowskie uwagi na temat występującej nago Marty Malikowskiej, profesjonalistki w każdym calu. A to, że się mu się nie podoba, a to, że jej uda takie, a to, że piersi owakie. Zwykle nie klnę w ośrodkach kultury, ale tym razem zagotowała się we mnie krew i zaklęłam. Pod nosem. Spojrzałam na owego widza, który zapewne przyszedł sobie tu popatrzeć na gołą babę i ni w ząb nie rozumiał, o co jej chodzi z tą nagością. I ni w ząb nie rozumiał, o co w ogóle im chodzi, tym aktorom, w tych złoconych szmatkach na sobie. Spojrzałam ciskając gromy, które niosły z sobą odpowiedni komunikat.

Kilka dni później w Mediatece podczas spotkania z pisarką Ingą Iwasiów doświadczyłam podobnych emocji. Moderator spotkania przeszkadzał mi w odbiorze swoim zbyt irytującym głosem i tym, że odpowiadał na pytania nie jemu zadane. Zaś Ona cudowna. Drobna i uśmiechnięta. Profesorka na Uniwersytecie. Wiedza i piękno. W środku i na zewnątrz. Taki typ kobiety bez wieku, co to nie wiadomo z wyglądu czy ma 35 czy 50 lat. Kiedy czytała fragmenty swojej powieści „Ku słońcu” rozbierała mnie na części.  Jakby czytała o mnie i do mnie. Tylko do mnie. Po kilkuminutowej rozmowie dostałam autograf. Niezwykły. Opowiem o nim wnukom.

Wyszłam w duszny Wrocław, jak tamtego piątku z muzeum. I tak samo się czułam. Z zachwytu nie mogłam nic powiedzieć. Stawiałam nieskładnie stopy, jedna za drugą, konsekwentnie depcząc po rąbku sukienki. Z każdym krokiem oddalałam się od tamtych emocji. Musiałam złapać oddech. Skleić myśli.  Znikałam powoli w tłumie ludzi na rynku, a oddech stawał się spokojniejszy i tętno miarowe. Pomyślałam, że takie chwile dają siłę i nawet jeśli obok, jakiś dla mnie nieważny ktoś, zbyt głośno komentuje, to w aspekcie globalnych odczuć nie ma to wielkiego znaczenia.

Autor: Sabina Misakiewicz

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułIgrzyska Studentów Pierwszego Roku
Następny artykułŚląsk Wrocław – Dukla Praga 2:2
Pedagożka, dziennikarka, reżyserka. Miłośniczka literatury. Kocha rodzinę, teatr i podróże. Unika złej energii i złych ludzi. Wierzy w przeznaczenie.