„Pomarańczyk” autorstwa Marka Kocota, wystawiony we Wrocławskim Teatrze Współczesnym rozpętał burzę w całej Polsce. Krytycy teatralni, dziennikarze, urzędnicy, a także ludzie związani z Pomarańczową Alternatywą biją w dzwony na ratunek „Majorowi”. Są pierwsze trupy.

Sztuka nawiązująca, bądź co bądź do człowieka-legendy, Majora Fydrycha, twórcy Pomarańczowej  Alternatywy i antykomunistycznego krasnoludka, do którego obecnie rości sobie prawa miasto Wrocław rozpętała prawdziwą burzę. W miesiąc od premiery muszę przyznać, że stwierdzenie „nie ważne co piszą, byleby pisali” nabrało dla mnie nowego znaczenia. Obstaję  jednak przy tym, że lepiej kiedy piszą dobrze.  Jeśli twórcom zależało na rozgłosie, to go mają. Cała polska mówi o „Pomarańczyku”. Niestety najczęściej źle.

Zacznijmy od autora tekstu. Marek Kocot po napisaniu swojej pierwszej sztuki i fali krytyki nie napisał nic przez kilkanaście lat. „Pomarańczyk”, to jego powrót do pisania i na deski.  Jak sam mówił,  w czasach kiedy aktywnie grał, to grał halabardników, a halabarda zarabiała więcej niż on. Teraz gra główną rolę.  Sam ją sobie napisał w ramach cyklu „Prosta historia” Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Miasto finansuje realizację tego projektu i miasto miało też podobno swojego „człowieka”, który maczał palce w powstawaniu historii. Fakt, iż Kocot i zasiadający na urzędniczym stołku Paweł Romaszkan są kolegami z kabaretowego cyklu „Dobry wieczór we Wrocławiu”,  jest powszechnie znany. Tak, jak już teraz fakt, o rzekomym  poprawianiu scenariusza spektaklu przez Romaszkana. Może więc  to jego wina, że legenda Majora została  potraktowana w obrazoburczy sposób? Może… bo Marek Kocot w oświadczeniu wydanym w dniu 8 czerwca zapewnia, że jest jedynym autorem tekstu i że nie napisał go na zamówienie Urzędu Miasta Wrocławia.

Tomasz Hynek, reżyser spektaklu twierdzi z kolei, że sztuka nie opowiada o Fydrychu, dotyczy zaś  rzeczy bardziej uniwersalnych, a pomarańczowa alternatywa jest jedynie narzędziem by je ukazać.  Jednak siedząc w pierwszym rzędzie na Małej Scenie WTW jest się świadkiem przemiany Kocota we Fydrycha, a nie teatralnego „Frydrycha”. Każdy, kto choć raz miał styczność z Majorem doszuka się zbyt oczywistych podobieństw w tonie głosu, gestykulacji, scenicznej fizjonomii. Bohater M. to człowiek, który żyje pamięcią o dawnych ideałach. Starając się przywrócić swoją pozycję w społeczeństwie  sięgając po utraconą sławę i należne mu zaszczyty.  Miał być człowiek podszywający się pod Majora, a wyszedł Major. Wrocławski bohater w oczach wielu został przedstawiony jako  antybohater, szukający  poklasku, chciwy  i zapomniany. Mówi się, że twórcy „Pomarańczyka” potraktowali go w sposób nikczemny i budzący obrzydzenie.  Mnie samej trudno zająć stanowisko. Skandal, bo już o skandalu się mówi, rozdmuchany wokół sprawy spektaklu jest dla mnie dość niezrozumiały. Sztucznie nakręcony. Nie uważam, iż jest o co rozdzierać szaty, obrzucać się błotem i obrażać. Zwykłam oddzielać  politykę od sztuki, choć wiem, że się nie da i już sam Szekspir uciekał się do ukrytych aluzji czy jawnego naigrywania się z bohaterów, władzy i wytykania jej potknięć. Jednak sztuka to sztuka i rządzi się swoimi prawami. Teatr może prowokować, obrażać i naruszać świętości. Tak już jest. Nie można brać wszystkiego śmiertelnie poważnie. Nie ma co dawać się kroić za literacką fantazję.

Wychodząc z teatru gratulowałam złożonej roli Aleksandrze Dytko, partnerującej Markowi Kocotowi na scenie. Zrobiłam  to dlatego, bo mi się podobała. Mimo, iż nie tego się spodziewałam, nie na takie emocje liczyłam, a w spektaklu dawało się odczuć siadające napięcie, nie zgodzę się z krytykami, mówiącymi, że Pomarańczyk” to „sztuczka” ani z tym, że  spektakl niewiele różnił się szkolnych poczynań kółka teatralnego. Zgodzę się jednak z tym, iż można go było zrobić lepiej. Mnie samej bliższe są bardziej dramatyczne role, mocne teksty, sięgające głęboko pamięć, wiercące dziurę w trzewiach. W „Pomarańczyku” tego nie ma, jednak od kilku tygodniu ciągle łapię się na tym, iż nie mogłam przejść nad nim obojętnie.

I ciągle zastanawia mnie, jak to jest naprawdę? Czy twórcy „Pomarańczyka” to marionetki władzy?  Czy chcieli odrzeć Majora z legendy w związku ze sprawą o prawa do wizerunku Krasnoludka? Czy sztuka nigdy nie będzie wolna od wpływów, nacisków i insynuacji? Czy rzeczywiście jest się o co sądzić? I czy polecać „Pomarańczyka”,  jako ciekawą sztukę, choć nie do końca spełniającą moje oczekiwania, czy raczej jako zjawisko socjologiczne? Może po prostu warto ją polecić jako sztukę, przez którą długoletni i zaufany współpracownik prezydenta Rafała Dutkiewicza, dyrektor Biura Promocji Urzędu Miasta – Paweł Romaszkan stracił swoją ciepłą posadkę.

Autor: Sabina Misakiewicz

 

PRZECZYTAJ TAKŻE

Środowa Sabina Misakiewicz: Przebłyski kulturalne | Hardcorowy Kox