W ubiegłym tygodniu wyjechałam na parę dni z miasta by złapać oddech. W wiejskim sklepiku kupiłam kilka gazet z zamiarem zorientowania się, co dzieje się w okolicy, co można robić, gdzie pójść. A tam na wszystkich stronach „sezon ogórkowy” w pełni. 

Najwięcej informacji  dotyczyło pijanych kierowców, wypadków nad wodą, spalonych szop i letnich koncertów pod chmurką. Na urlopie postawiłam więc na koncerty… ale ptaków, świerszczy i żab oddając się przy tym czytaniu.

Miałam z sobą dwie pozycje, które od dawna były na liście „must have and must read”. Pierwsza z nich to rozsławiony już po świecie Marek Krajewski i „Śmierć w Breslau”. Czarny kryminał wciągnął mnie w czeluści brudnego, skorumpowanego, przedwojennego Wrocławia tak bardzo, że bałam się, iż przez moje tkwienie z nosem w książce nowi znajomi źle mnie odbiorą. Jednak przygody Eberharda Mocka, nie dawały za wygraną i wciąż trzymały mnie w napięciu. Kiedy nie czytałam, to zastanawiałam się: co dalej?Jak poradzi sobie Mock? Mimo iż od początku go znielubiłam. Krajewski w swoim pisaniu jest bardzo spójny. Fabuła wciąga już od pierwszych wersów. Autor tak prowadzi czytelnika, że ten musi mu się poddać. Wieczorami ze smutkiem obracałam kartki. Chciałam wiedzieć, jak kończy się książka, to nie chciałam, żeby się skończyła. Dziwne uczucie porównywalne ze znanym „mieć ciastko i zjeść ciastko”. Humor poprawiała mi jednak myśl, że mam jeszcze inne, ciekawe pozycje do czytania.

Kolejna na liście była Dorota Masłowska, która wróciła po kilku latach nową powieścią „Kochanie, zabiłam nasze koty”. Książka już cieszy się popularnością nawet na teatralnych deskach w Klubie Komediowym Chłodna w Warszawie, gdzie miała swoja promocję. Masłowska od lat przewija się w mojej głowie i rozmowach ze znajomymi  za sprawą „Wojny polsko-ruskiej pod flaga biało-czerwoną”. W 2007 roku bez wątpienia była najgłośniejszym debiutem. Lecz przyznam, że długo trwało zanim wzięłam ją do ręki. Z założenia nie gonię za czymś, wokół czego jest duży szum. I o ile zgodzę się z usłyszaną gdzieś teorią, że Masłowska wrzuciła nowy nurt w literaturze, o tyle nie uważam, że koniecznie trzeba robić „łał” kiedy się ją czyta. Ale nie miało być o „Wojnie”, miało być o „Kochanie, zabiłam nasze koty…”. I tu zaczyna się problem. Wszystko takie poszarpane, powyrywane. Ciężko złapać zamysł całości. Pewnie autorka go miała, ja go jednak nie znalazłam. Otwierałam i zamykałam książkę. Nie byłam w stanie przeczytać kilku stron naraz. Wprawdzie pisarka z ogromną łatwością operuje językiem i potrafi nim zainteresować, ale bohaterowie jacyś tacy płascy.A jej nie udało się sprawić, tak jak Krajewskiemu, bym bohaterów polubiła, albo chociaż znielubiła. O ile postać Krajewskiego wzbudza emocje bo jest prawdziwa, choć to śliska kanalia z krwi i kości, o tyle Farah, Joanne i Go Masłowskiej są nijakie. A podobno, to też powieść kryminalna. I za diabła nic mi się w niej nie składa. Nowy Jork nienowojorski wcale. Polska – niepolska. Ale może tak miało być. Może ja jestem za stara na takie książki. Może spaczyły mnie Virginia Woolf, Zade Smith, Sara Kane, czy Elfride Jelinek. Może targetem jest pokolenie migających obrazków, popkulturowa masa hipsterów, Emo dzieciaków, czy wysypująca się z biurowców fala „kołnierzyków” o dekadę młodsza ode mnie. Mnie się nie podoba wytwarzanie ludzkopodobnych  produktów współczesności, na dodatek niewyraźnie nakreślonych. Starałam się. Bardzo chciałam zrozumieć dlaczego Masłowska jest takim fenomenem? Bo w gruncie rzeczy jest! Wszystko, co wychodzi spod jej ręki świetnie się sprzedaje, zbiera dobre recenzje. Ona dostaje zlecenia od teatrów na dramaty, a później nagrody. Może jest jakaś instrukcja obsługi na czytanie jej książek? Jak w „Grze w klasy” Cortazara: jeden rozdział z przodu, jeden  z tyłu. Może nie trzeba czytać całości za jednym zamachem, tylko po fragmencie, po urywku? Może we współczesnej, młodej literaturze sens jest wtedy, gdy ciągle go się szuka. A może zwyczajnie Masłowską dopadł sezon ogórkowy… literacki.

 

Autor: Sabina Misakiewicz