Zawsze zastanawiałam się nad tym, na ile teatr może być prawdziwy. Na ile można zaufać aktorom? Czy do końca oddawać się emocjom dawanym nam ze sceny? Po Walentinie wiem, że można. Bo oddałam się całkowicie. Weszłam w sam środek pięknej i bolesnej historii o miłości i stracie.

Najnowsza premiera Wrocławskiego Teatru Współczesnego „Walentina. The last human dog” to majstersztyk. Genialna Irena Rybicka poruszająca się po genialnej scenografii, przy świetnej muzyce i po mistrzowsku wyreżyserowanych światłach. A historia całkiem prosta. Głęboka, mocna. Osadzona w realiach tuż przed i po wybuchu reaktora w Czarnobylu. Ona młoda i piękna. On dojrzały i zakochany w jej oddaniu i delikatności. Motyle w brzuchu, czekanie z trzepoczącym sercem, zamglone spojrzenie, pierwsze pocałunki i obietnice. Miłość. W czystej postaci. Trudno o taką w dzisiejszych czasach. I nagle bum!

Siedzę w pierwszym rzędzie. Otwiera się przede mną białe pudełko, w którym czai się coś nienazwanego. Widzę kobietę. Słyszę jej głos. Już od pierwszych jej słów skóra cierpnie mi na całym ciele. Myślę, …ocho – jeśli teraz, po pierwszych linijkach tekstu, mam gęsią skórkę, to co będzie dalej? Irena Rybicka, odtwórczyni głównej roli mówi do mnie. Mimo kilkunastu innych osób na widowni Małej Sceny Teatru, czuję, że ona mówi wprost do mnie. Gdzieś w sam środek mojego narządu odczuwania. Ma biały kombinezon, ale nie jest transparentna. Jest widoczna. Jaskrawa, ale nie przejaskrawiona. Każda jej myśl, drgnienie powiek jest prawdą. Kap, kap, kap słyszę jak Walentia – Rybicka łapie w dłonie krople krwi. Krwi jej ukochanego skażonego podczas wybuchu reaktora w Czarnobylu. Skąd ta krew? Skąd? Po chwili wiem. Mąż Walentiny umarł. W bólu, strachu i bezsilności. Trwała przy nim z nadzieją do końca. Najcudowniejszą z łask. Proces umierania trwał rok. Zanim to się stało wspominała, że wszyscy, którzy z nim tam, przy reaktorze byli, już umarli. Tylko on jeden żył i wciąż miał bujną czuprynę. Był silny. Tak mówiła. Miał dopiero trochę ponad czterdzieści lat. Nie mógł, nie powinien umierać. Ona się nie zgadzała. Mówiła: „Kochałam go, całowałam, znałam każde miejsce na jego ciele”. Kap… kap, kap… Od śmierci męża minęło 26 lat, a ona ciągle słyszy głosy lekarzy, pielęgniarek, systemu: Nie możemy pomóc pani mężowi. Pani tak, mężowi nie…Nie możemy pani pomoc. Nie możemy pomóc pani mężowi. Pani tak… Nie możemy…

Te i wiele innych słów wypowiedzianych przez główna bohaterkę zostało w mojej głowie. Nie da się ich zapomnieć. Nie da się zapomnieć obrazów związanych ze słowami. Powracają jak flashbacki. Ta smutna i piękna zarazem opowieść trafiła we mnie. Dotknęła. Może dlatego, że opowiada o niemożności pogodzenia się z odejściem ukochanej osoby? Może dlatego, że ogromnie współczuję Walentinie, że nigdy nie otrząsnęła się z bólu i żałoby? A może dlatego, że bardzo dobrze ją rozumiem. Płakałam od początku spektaklu do jego końca. Jeśli znów miałabym wycierać łzy, to właśnie dzięki takim emocjom i takiej realizacji. Dzięki Irenie Rybickiej na scenie. Dzięki Natalii Sołtysik, która prowadziła ją mądrą ręką. Dzięki Tomkowi Orpińskiemu, który pojawił się na moment, ale jak ważny moment. Pójdę jeszcze raz. Usłyszeć. Dotknąć. Poczuć. Doświadczyć.

Walentina. Mój numer jeden na dzisiaj.

Autor | Sabina Misakiewicz

Fot. B. Warzecha