O wydarzeniach z krakowskiego Starego Teatru media informują już od tygodnia. Mało to wrocławskie, ale nie sposób przejść obok i nie przystanąć. Awantura w teatrze zawsze dobrze się sprzedaje. Widać teatr żyje i żył będzie.

Informacja o przerwanym spektaklu „Do Damaszku” Augusta Strindberga w reżyserii Jana Klaty zaskoczyła mnie. Zastanawiałam się, co tak naprawdę się wydarzyło? Czy rzeczywiście spektakl był słabo zagrany? Czy aż tak demoralizujący i obrazoburczy? Czy tak wybitni aktorzy jak Dorota Segda i Krzystof  Globisz wzięliby udział w czymś, co nie miało żadnych znamion sztuki? Niestety nie miałam i nie mam możliwości, by przekonać się o tym na własnej skórze.

Czytając doniesienia mediów wszelkiej maści, dowiedziałam się, że grupa osób niezadowolonych z rządów Klaty w Starym Teatrze zorganizowała się i… przekazała informację o swoim niezadowoleniu. Niezadowoleni są niezadowoleni bowiem nie tylko z „Do Damaszku”, ale też z obranej artystycznej wizji dyrektora: odejścia od tradycji i wykorzystania publicznych pieniędzy na tworzenie, ich zdaniem sztuki niskich lotów. Informacja została przekazana w dość w specyficzny, jak na mój gust sposób. Gwizdy i okrzyki w rezultacie doprowadziły do zerwania przedstawienia. I tak mnie naszło, by sięgnąć do historii, na której łamach zapisało się niejedno wygwizdywanie, obrzucanie inwektywami, czy zupełny bojkot instytucji kulturalnych. Od dawien dawna wiadomo też,  iż teatr zawsze kierował się swoimi prawami. Sztuka istniała dzięki publiczności, a ta nieraz nieprzychylnie wypowiadała się o jej twórcach. Wybitnych artystów nie doceniano, a wielcy aktorzy niejednokrotnie schodzili ze scen wygwizdywani. To wszystko już było.  A „teatr” nie przestał istnieć. I dzięki Bogu, czy też artystom nie przestał dawać dobrych emocji, wzruszeń, chwil szczęścia i salw śmiechu. Sama wielokrotnie tego doświadczałam. Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że nie wszystko jest dla wszystkich. Cóż… nie da się ukryć, że owe wydarzenie zapisze się w pamięci niejednego z nas. Pewnie już za kilka lat studenci szkół teatralnych będą się uczyć o „bojkocie Klaty”. Jedni uznają go za reformatora, a inni za hochsztaplera. Każdy według siebie. Ale czy krzykiem da się coś osiągnąć? Czy złość i agresja są odpowiednimi środkami do podjęcia dyskusji o ważnym problemie?  Na pewno głośnym, ale chyba nie tędy droga. Mam tylko skromną nadzieję, że duch w narodzie nie zginie, a wreszcie nauczy się tolerancji. T0lerancji dla inności, dla czegoś nieznanego. I to nie tylko w dziedzinie sztuki, ale też tak na co dzień. Może jutro będzie inaczej, w końcu mamy Dzień Życzliwości.

 

Autor: Sabina Misakiewicz