Niepozorna produkcja, która ma do zaoferowania znacznie więcej, niż może się początkowo wydawać. O tym, dlaczego Stranger Things wart jest polecenia i cóż takiego skrywa w sobie, że skradł serca milionów – pisze Patryk Wolny.

Wybór tego najlepszego zawsze przychodzi z trudem. Gdybym miał wskazać film, pewno musiałbym się chwilę zastanowić, a decyzja nie byłaby wcale taka prosta. Inaczej jednak sprawa wygląda w przypadku seriali, tutaj z miejsca mogę wstać i krzyknąć: Stranger Things!

Nie jest to wybór z grona tych emocjonalnych, powodowanych chwilą, czy podparty przemijającym zauroczeniem. Bracia Duffer popełnili serial, który stał się swojego rodzaju fenomenem. Częściowo za sprawą pewnej tajemniczości, którą był owiany. Netflix nie przeznaczał na jego reklamę dużych pieniędzy, próżno było szukać zapowiedzi. Niekiedy o nim wspomniano, jednak ginęło to w zalewie informacji nadpływających z morza seriali, które starały się zwrócić na siebie uwagę. Jednak pomimo braku promocji zyskał on szybko na popularności i wkrótce okazało się, że przygody trójki młodych przyjaciół i ich nietypowej koleżanki to strzał w dziesiątkę.

Za motor napędowy sukcesu można tutaj uznać klimat inspirowany kinem lat 80., który aż wylewał się z ekranów telewizorów. Opowieść osadzona w małej amerykańskiej mieścinie krąży wokół Mike’a, młodego chłopaka, który zaginął w tajemniczych okolicznościach, wracając do domu od swojego kolegi. Zrozpaczona matka rozpoczyna poszukiwania syna, co wkrótce doprowadza ją na skraj szaleństwa. Jednak po głowie wciąż krąży jedno pytanie: czy to ona postradała zmysły, czy też świat, który ją otacza, skrywa tajemnice znacznie bardziej przerażające, niż mogłoby się to wydawać.

Bracia Duffer z wyczuciem operują napięciem i elementami grozy sprawiając, że z każdą kolejną minutą coraz głębiej zatapiamy się w świecie Stranger Things, ze zniecierpliwieniem oczekując kolejnych wydarzeń i choć drobnych wskazówek. Godziny przeciekają przez palce, a my nie możemy uwolnić się od syndromu jeszcze jednego odcinka. W końcu otrzymujemy odpowiedzi, które szybko przeobrażają się w kolejne pytania.

Zaraz obok fabuły i klimatu przychodzą ciekawie napisane postaci. Nie wszystkie polubimy od razu, nie trzymają one równego poziomu. Najważniejsze jednak, że większość z nich żyje, ma swoje cele, pragnienia, obawy. Dodaje to wiarygodności całej serii i sprawia, że nawet poboczne wątki, które fabularnie prezentują się nieco gorzej niż główna historia mogą zawalczyć o zainteresowanie widza. Na wzmiankę zasługuje także Winona Ryder w roli matki Mike’a, która kapitalnie zagrała determinację i pozornie popadającej w szaleństwo kobiety. Na podobnie zresztą wysokim poziomie stoi aktorstwo młodej Millie Bobby Brown, serialowej Jedenastki, której znaczenie niech na razie pozostanie owiane tajemnicą.

Powody, dla których warto zainteresować się tym serialem można by jeszcze wymieniać długo. Podejrzewam, że fani serial ten już dawno widzieli i ich wcale namawiać nie trzeba było, podobnie zresztą jak zatwardziałych miłośników seriali. Jednak ta niepozorna produkcja Netflixa zasługuje na uwagę także osób, które na co dzień za serialami nie przepadają. Dla mnie przygody Mika i Jedenastki okazały się portalem, swoistym wehikułem czasu rodem z powieści Wellsa, który na nowo umożliwił mi rozkoszowanie się pięknem kina lat 80., klimatem, którego teraz próżno szukać pośród kinowych produkcji.

Kilka pozornie prostych elementów, muzyka, dobra gra aktorska, pewna doza melancholii i z brzydkiego kaczątka wyrasta piękny łabędź. Dlatego właśnie uważam, że Stranger Things naprawdę warto obejrzeć, dać mu choć szansę, jednak trzeba być przygotowanym, że może pochłonąć nas na długie godziny, a po zakończeniu z niecierpliwością będziemy wypatrywać kolejnego sezonu.

Ścieżka dźwiękowa to prawdziwa wisienka na torcie. Niepozorna, idealnie komponuje się z całością, podkreślając jej walory.

Autor | Patryk Wolny