Jestem Groot! Jestem Groot. Jestem Groot…

Seans drugiej części Strażników Galaktyki sprawił mi więcej frajdy niż się spodziewałem, udowadniając tym samym, że jest to film, który bardzo chciałem zobaczyć, choć nie zdawałem sobie nawet z tego sprawy. Wszystko dzięki drobnym smaczkom, które sprawiają, że postaci wykreowane na ekranie zdają się żyć także i poza nim.

Historia kręci się wokół rodziny, zarówno tej dosłownej, w filmie poznajemy bowiem ojca Quilla (Chris Pratt), którym okazuje się Ego (Kurt Russell) będący planetą (sic!) ale także i tej, która narodziła się z przyjaźni dzielnych Strażników ratujących galaktykę przed zagładą. Zagrożenie obecne w części drugiej zdaje się wielowymiarowe, bo to już nie tylko namacalny byt, ale także emocje, które mogą okazać się najtrudniejszym z przeciwników. Bohaterowie będą musieli zmierzyć się z własnymi upiorami i przeszłością, ale także określić ścieżkę, którą podążą.

Jednak Vol. 2 to nie tylko historia Star Lorda, ale także pomniejsze opowieści snute przez jego towarzyszy. Wątki poboczne, które przybliżają nam losy bohaterów sprawiają, że tak łatwo w nich uwierzyć, a oni sami nabierają prawdziwych rumieńców. Właśnie te elementy sprawiają, że na napisane postaci możemy spojrzeć od całkiem innej, chciałoby się rzec ludzkiej, strony. Sequel ma potencjał, by nadać pierwszej części dodatkowej głębi.

Nakreślam jedynie pobieżnie rys fabularny, jednak nie mogę nie wspomnieć o Suwerenach, którzy za wszelką cenę pragną unicestwić Star Lorda. Ich obecność, filozofia może zostać odebrana jako pewien sposób wynaturzenia. Perfekcja, do której dążą, ociera się niebezpiecznie o szaleństwo, a cała ich cywilizacja przypomina zdeprawowaną rodzinę. Da się to zauważyć, kontrastując ze sobą wypowiedzi o wyższości z zachowaniem ich żołnierzy, istot zamkniętych w ciągu nieustannych porażek.

Muzycznie, pomimo że twórcy uraczyli nas wieloma szlagierami z lat 70. i 80., film nie zapada w pamięć. Owszem chwytliwe utwory wpadają w ucho, jednak szybko, wraz z przemijającymi scenami odchodzą, a my nawet tego nie zauważamy. Na uwagę zasługuje natomiast sama czołówka, która w bardzo intrygujący sposób przybliża nam walkę Strażników z gigantycznym potworem wprost z czeluści kosmosu. Głównym atutem tej potyczki jest jej praktyczny brak, otóż walka stanowi jedynie tło, a my obserwujemy małego Groota jak ten tańcząc oprowadza widza po kolejnych ujęciach.

Mały Groot, pod którego, co ciekawe, podłożył głos Vin Disel, stanowi prawdziwą maskotkę. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jego pojawienie się w filmie oraz sceny, w których manifestuje swoją słodkość mogłyby posłużyć za materiał pod niejeden tekst, a może i nawet i książkę. Twórcy zdążyli już zapewnić, że pojawił się on w Vol. 2 ze znacznie ważniejszych pobudek, niż zarobek na figurkach i wszelakich gadżetach. Po seansie nie wyobrażam sobie tego filmu bez niego, z drugiej strony liczę na to, że Groot jeszcze pojawi się w swojej dziecięcej wersji.

Dobrym uzupełnieniem słodkiego, nieco głupiutkiego Groota jest wielki Drax (Dave Bautista), którego żarty i komentarze sprawiły, że sala co chwila wybuchała śmiechem. Strażnicy po prostu stanowią mieszankę wybuchową, przy której trudno jest się nudzić, choć nie jest to niemożliwe. James Gunn, który odpowiada za scenariusz i reżyserię chciał dobrze, i prawie się udało. Mieszanka wszystkich wspomnianych elementów nieco wymknęła się mu z pod kontroli co zaowocowało scenami, przy których chciałoby się zwinąć. Na szczęście nierówne tempo filmu łatwo wybaczyć, a jako że reszta stoi na wysokim poziomie, nie psuje to zabawy płynącej z seansu.

Słowem zakończenia: Strażnicy Galaktyki to dobry film, którego efekty komputerowe zadziwiają, a bohaterowie oczarowują. Najlepsza seria o superbohaterach, jaka ukazała się po dzień dzisiejszy. Żadna część Avengersów, ani tym bardziej Legion Samobójców nie sprawiły mi tyle frajdy, co dwa niepozorne filmy o Star Lordzie i jego kompanii.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina