Synowie swoich matek

– Usiądź tutaj Roberciku, to niebieskie krzesełko, takie specjalne dla małych mężczyzn – powiedziała podekscytowana mama na oko siedmioletniego kawalera, usadzając go na niebieskim krzesełku przy stoliku w popularnej cukierni. Podsunęła mu pod nos salaterkę z deserem lodowym i w zachwycie patrzyła, jak chłopczyk wcina. Kiedy mały próbował wstać, by przynieść sobie serwetkę, powstrzymała go mówić: ależ siedź sobie, siedź, mama ci przecież przyniesie i pocwałowała do kawiarnianej lady, by przynieść serwetki. Na szczęście niebieskich nie było.

Przyglądając się tej pełnej zachwytów bieganinie przypominałam sobie te wszystkie sytuacje, kiedy to z ust matek słyszałam, jak to one są szczęśliwe, że mają synów a nie córki, bo synów to one sobie wychowają na prawdziwych mężczyzn. Prawdziwych, czyli pozbawionych krzty szacunku dla kobiet i czekających na obsłużenie. Bo mamusia nigdy nie wymagała, bo mamusia zawsze podawała, bo mamusia zawsze wspierała i wybaczała, w końcu jak mogłaby tego nie robić, skoro jestem jej małym mężczyzną. Myślę, że gdyby mój mąż powiedział o naszej córce w miejscu publicznym: moja mała kobietka, to przynajmniej kilka osób zastanawiałoby się nad zawiadomieniem policji.

Dlaczego matki to robią? Psycholog Wojciech Eichelberger w popularnej książce „Zdradzony przez ojca” stawia tezę, że rozjazd pomiędzy tym, co uznajemy i chcemy widzieć jako męskie, a tym, co faktycznie funkcjonuje w tej sferze został wywołany przez brak psychicznej, a często również fizycznej obecności ojca w życiu rodziny. Celowo napisałam „rodziny”, a nie jedynie dziecka lub tym bardziej syna, ponieważ sytuacja odnosi się nie tylko do najmłodszego pokolenia, ale przede wszystkim do matek. Do tych wszechpotężnych kreatorek życia rodzinnego, bogiń dziecięcego świata. Otóż matki pozbawione partnera, jego pomocy, wsparcia, szacunku, wreszcie miłości i obecności, przelewały całe uczucie na syna, będącego w ich odbiorze zastępstwem dla właściwego partnera, ekwiwalentem. Nieświadomie stawiały syna w sytuacji postaci bezwolnej, wyrażenia takie, jak: ty byś tego mamusi nigdy nie zrobił, nie zostawiłbyś jej bez pomocy, nie opuścił itp. wywoływały w chłopcach po pierwsze poczucie winy ze względu na pewną solidarność płci z ojcem, a po drugie odbierały możliwość decydowania o sobie, o własnej drodze życiowej. Pozostało jedno – nie zawieść oczekiwań matki. A skoro brakowało wsparcia ojca i jego męskiego świata, w dodatku nie można było samodzielnie kopiować jego zachowań, gdyż to budziło niezadowolenie matki, pozostawało jedno – stać się bezwolnym narzędziem w jej rękach. Niosło to też za sobą pewne plusy, ponieważ matka w przekonaniu, że wreszcie jakiś mężczyzna wypełnia lukę w jej życiu, odwdzięczała mu się koncentrując na nim całą swoją uwagę, rozpieszczając i faworyzując. Od tego już tylko krok do stawiania na piedestale, usługiwania i… zafundowania kolejnemu pokoleniu kobiet partnerów, którzy nie spełniają ich oczekiwań i potrzeb.

Dlatego matki drogie – jeśli już wychowujecie synów z myślą o kobietach, to niech to będą inne kobiety. Niech to będą wasze przyszłe synowe, koleżanki waszego syna, przyjaciółki. Niech dla nich będzie prawdziwym mężczyzną – wsparciem, przyjacielem, obrońcą. Takim mężczyzną, jakiego same z radością widziałybyście u swojego boku.


Autor: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka