Ewelina Marciniak słynie z kontrowersyjnych pomysłów i rozwiązań w swoich spektaklach. Jakby wyznawała dewizę „wszystko, albo nic”. Studenci czwartego roku PWST we Wrocławiu podjęli rzuconą im przez reżyserkę rękawicę. Wybrali „wszystko”. Postawili na „Szantaż” – pisze Sabina Misakiewicz.

Spektakl powstał na bazie historii Elfride Jelinek i tekstu Marcina Cecko, który pisał dla konkretnych już osób. Każdy z dziesiątki bohaterów wyrywa dla siebie kęs, uwagę widza.  Walczy o zaistnienie w grupie, o zagwarantowanie sobie pozycji, o miłość, o wygraną, o równość, o władzę. „Szantaż” jest do szpiku analityczny. Wbija się w sam środek ludzkiej duszy i zostawia widza wyciśniętego jak cytrynę. Momentami zbyt dosłowny przerywa granicę, jaką jest umowność w teatrze. A to nie zawsze się sprawdza, tym bardziej w wykonaniu młodych, nie do końca jeszcze ukształtowanych aktorów. Scenograficznie niewiele się dzieje. Scenę pokrywa warstwa piasku, kilka rozrzuconych książek, świecący globus, stary sedes i plastikowy tułów do nauki narządów wewnętrznych. Pośród nich w przeróżnych konfiguracjach uaktywniają się bohaterowie. Kompozycje poszczególnych scen są budowane  konsekwentnie bez użycia nadmiaru przedmiotów. Wydaje się, że dla Marciniak najważniejsze jest ciało. Jednakże skądinąd nachalna cielesność nie występuję tu tylko dla niej samej. Pod zabiegiem wypreparowania plastycznego obrazu kryje się słowo i to ono gra pierwsze skrzypce. Gdy wsłucha się w poszczególne historie bohaterów, cielesność nabiera innego znaczenia.

Bohaterami „Szantażu”, są młodzi ludzie z jednego podwórka. Wśród nich, jak w każdej grupie społecznej, zaczyna się walka o władzę, o bycie lubianym, o miano lidera. Każdy z nich ma swoją opowieść. Mniej lub bardziej zagmatwana, bolesną, dramatyczną. W tej kwestii trzeba oddać reżyserce, że dała pole do popisu wszystkim swoim podopiecznym. Jedni poradzili sobie znakomicie, inni trochę mniej. Mam nieodparte wrażenie, że tu ni chodzi tylko o talent, lecz też o sam proces pracy nad rolą i prowadzenie aktorów. Jak sama reżyser przyznaje, zostawiła w dużej mierze wolną rękę dyplomantom. Efekty są różne.

W pamięć zapada kilka osób. Jest wśród nich Mateusz Wiśniewski, przepiękny w sukience i szpilkach, kołysząc się i śpiewając, bardzo dobrze śpiewając porywa widzów. Jego charyzma i luz dają postaci coś nieokiełznanego, dzikiego, wolego. Cały jest tą piosenką i sukienką. Rzadko w teatrze i kinie zdarza się bardzo wysoki aktor, który oprócz wzrostu posiada też intuicję sceniczną i talent. On to ma. Warto mu się przyglądać, bo jeszcze nie raz zaskoczy. Jest też Paulina Wosik również dobrze śpiewająca i świadoma swoich możliwości. Przekonująca autentycznością, bez nadgrywania i popisywania się. Uwagę zwraca też Magda Gorzelańczyk. Siła, z jaką chwyta uwagę widza jest wielka. Totalnym zaskoczeniem jest Tomasz Taranta, o ile mało interesujący jest w pierwszej części spektaklu, tak w drugiej niewiele brakuje mu do tego, bym się zachwyciła. Swoje pięć minut w moim rankingu ma Mariusz Bąkowski. Jest elastyczny. Poddaje się sile wypowiadanego tekstu. Umiejętnie różnicuje emocje i stany. Pozostali z grupy albo nie do końca weszli w świat widziany oczami Marciniak, albo odrobinę zabrakło im warsztatu.

Kropkę nad i w „Szantażu” stawiają wybitni w rolach rodziców Katarzyna Strączek i Adam Cywka. Samo ich pojawienie podnosi poprzeczkę o kilka leveli. Momentami widać przepaść pomiędzy nimi, a resztą obsady. Jednakże ich obecność na scenie mobilizuje wszystkich młodych aktorów. Chcą dorównać swoim pedagogom, być dla nich partnerami. Niełatwe zadanie dostali, jednakże bardzo starali się wykonać je najlepiej, jak potrafią.

Spektakl Marciniak jest ewenementem w historii spektakli dyplomowych i zapewne jeszcze długo będzie tematem do dyskusji. Wielu ocenia go bardzo źle, ze względu na kontrowersyjne, pełne nagości i erotyki sceny. Jakby nie dostrzegając ważności, sensu i tematu, o którym się opowiada. Sama przyznam, że zastanawiałam się jakimi środkami reżyserka mogłaby się posłużyć, by otrzymać ten sam efekt, nie rozbierając aktorów.  Nagość na scenie nie jest mi obca, ale unikając jej, można tylko zyskać. Tym bardziej w tak młodym i niedoświadczonym zespole. Gratuluję jednak z całego serca wykonawcom odwagi i w pełni świadomego oddania się w ręce Eweliny Marciniak. Choć nie zawsze zgadzam się z jej wizjami uważam, że dała swoim aktorom ogromne doświadczenie i naukę. Z małymi wyjątkami, to jest naprawdę dobry spektakl.


Autor: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie: Sabina Misakiewicz