T2: Trainspotting, czyli powrót do przeszłości

Trudno zmierzyć się z filmem – symbolem całego pokolenia. Wskrzesić bohaterów tak wyrazistych, jak ci stworzeni przez Danny’ego Boyle’a i Johna Hodge’a w „Trainspoting”. Bo ci bohaterowie dorośli, a wraz z nimi całe pokolenie.

Mieliśmy po  16, 18, 20 lat. Zamiast na obrzeżach Edynburga wychowywaliśmy się na postkomunistycznych blokowiskach, zamiast brać heroinę, paliliśmy trawę i piliśmy tanie wina. Nikt nam nie mówił, że plac budowy to nie miejsce do zabawy. Nikt nie sprawdzał telefonicznie, czy dotarliśmy do szkoły, czy może spędziliśmy czas w bardziej zabawny sposób. Monolog Marka Rentona z początku „Trainspotting” był dla nas niemal hymnem, manifestem. „Wybierz życie” – mówiliśmy na dziesiątki sposobów, dodając: wybierz nowy proszek do prania, który dopierze do białości, wybierz kartę biblioteczną, pracę na poczcie w cieniu paprotki, wybierz odtwarzacz CD i buty z czterema paskami. Wybierz życie. Z niechęcią patrzyliśmy na rodziców, którzy nigdy nie mieli czasu, na wujków alkoholików i ciotki na haju po lekach uspokajających.  Mieliśmy nigdy się nie zestarzeć, nigdy nie wejść w ich buty, bojkotować zastany świat nawet za cenę życia. Nie zawsze naszego życia. Bo jak w „Trainspotting” w każdej paczce znalazł się ktoś, kto zapłacił za tę kontestację najwyższą cenę.

Minęło 19 lat i Danny Boyle wezwał nas przed ekran jak na spowiedź. Jego buńczuczni, często pełni pogardy bohaterowie to już panowie w średnim wieku. Sick Boy farbuje przerzedzone włosy, Kartofel pracuje na budowie, a Mark Renton, zamiast uciekać przed policją, biega na bieżni w klubie fitness. Wciąż nosi Adidasy, które niepostrzeżenie z symbolu buntu zmieniły się w symbol nowego, lepszego i przede wszystkim dorosłego życia. Główny wątek filmu osnuty jest wokół powrotu Marka Rentona do Edynburga po kilkunastu latach w Amsterdamie. Wraca zobaczyć „stare śmieci”, ten wszechświat młodego człowieka. Wszechświat w stanie rozkładu, upadku, całkowitej ruiny, czego symbolem jest bar z jednym klientem czy złomowisko przed oknami wielkiego falowca. To dobre, kolorowe życie z telewizyjnych reklam okazało się niewypałem. Ale innego życia też nie ma. Jest wykolejone, funkcjonujące gdzieś na obrzeżach, próbujące przetrwać za wszelką cenę. Boyle pokazuje konfrontację, która czeka każdego z nas, bo od samego siebie nie da się uciec.

trainspotting i T2

W sensie czysto technicznym „T2: Trainspotting” nie można wiele zarzucić. Aktorsko jest bardzo przyzwoicie, choć bardziej niż główny bohater grany przez zawsze świetnego Ewana McGregora urzekł mnie Spud w wykonaniu niedocenionego Ewena Bremnera. W filmie przez moment pojawia się Kelly Mcdonald i jeśli czegoś żałuję, to jedynie faktu, że nie rozbudowano nieco jej roli, która byłaby interesującym przeciwieństwem do reszty postaci. Zdjęcia Anthony’ego Doda Mentle (autora zdjęć m.in. do „Slumdoga. Milionera z ulicy” czy „Ostatniego króla Szkocji” )znakomicie nawiązują do tych z pierwszej części filmu, przez co odczuwa się spójność narracji, przynajmniej narracji historycznej. Bo w „T2: Trainspotting” Boyle ponownie używa ostro ciętych, niemal teledyskowych kadrów, wzmacniając efekt mocną muzyką. Ale to już nie MTV. Bo MTV takie, jakie stało u podstaw tej narracji już nie istnieje. Tak, jak nie istnieje świat, z którego wywodzą się bohaterowie. Tak, jak nie istnieje świat, z którego wywodzimy się my.

„Nostalgia, to dlatego tu jesteś” – wychodząc z kina powtarzałam sobie w głowie słowa filmowego Spuda. Tak, jak Mark Renton został przy Adidasach, ja wciąż noszę Martensy. Tyle, że już całe, niepołatane agrafkami i taśmą konstrukcyjną. Pomyślałam, że może nawet wrócę na stare śmieci zobaczyć, czy coś z nich jeszcze zostało. Czy w takim razie nowy film Boyle’a to nostalgia za utraconą młodością? Próba przypomnienia sobie czasu kontestacji, kiedy nie było żadnych ograniczeń i wszystko jeszcze mogło się udać? Trochę tak, ale to cholernie dobra nostalgia, tak dobra, aż chce się zaśpiewać za Iggy Popem: I got a lust for life.


Autor: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka