To nie jest lektura dla ludzi o słabych nerwach i wrażliwych żołądkach. Klasyczną pozycję Jürgena Thorwalda „Stulecie chirurgów” czyta się z napięciem godnym najzacniejszych kryminałów. I tylko myśl w tyle głowy, że to nie wymysł zdolnego pisarza, lecz brutalna prawda o nie tak dawnych czasach sprawiają, że ciarki biegają po plecach.

Jestem czytelnikiem zaprawionych w bojach. Czytałam szczegółowe opisy średniowiecznych tortur, które mogły wymusić przyznania się do winy nawet najbardziej niewinnego człowieka, pisałam o metodach obrony dawnych warowni, gdzie na głowy atakujących wylewano wrzątek i gorącą smołę, zdobycie przez krzyżowców Jerozolimy, kiedy to dosłownie brodzono we krwi, francuska Noc Świętego Bartłomieja, a nawet beznamiętne opisy wyrzucania niewolników wprost w paszcze rekinów nie robiły na mnie wrażenia. Trzymałam w rękach ludzki mózg, obierałam piszczel z mięśni, a na pytanie zaprzyjaźnionego patologa, czy może wpadłabym do nich na autopsję odpowiedziałam z radością, że bardzo chętnie, choć mam nadzieję, że nie na własną.

Do czasu.

Klasyczna, wielokrotnie wznawiana pozycja Jürgena Thorwalda zwaliła mnie z nóg i w najbardziej brutalny sposób uświadomiła, jak olbrzymi postęp poczyniła medycyna. Bo opis usuwania kamieni nerkowych nożem przez odbyt, wycinanie guzów jajnika, usuwanie piersi i wiele innych operacji wykonywanych całkowicie na żywca, bez jakiegokolwiek znieczulenia, wprawił mnie w osłupienie. Pozycja Thorwalda, choć opisuje prawdziwe postaci i wydarzenia z historii medycyny, jest fabularyzowana, dzięki czemu łatwiej jest postawić się w sytuacji poszczególnych osób, jak i odczuć całą grozę otaczającego ich świata.

A jaki to był świat? Po pierwsze taki, w którym człowiekowi pisane było cierpieć. Wielu bolesnych przypadłości lekarze nawet nie dotykali, przekonani, że ich interwencja i tak nic nie da, a może jedynie pogorszyć stan chorego. Przepisywali bzdurne, niepomocne leki i zostawiali pacjentów samym sobie. Jeśli jednak któryś chirurg zaryzykował i chciał ulżyć cierpieniom pacjenta, to tym, co czekało chorego człowieka było prawdziwe piekło. Operacje wykonywano narzędziami, które często nie były nawet myte, a dochodziło do nich w przeróżnych miejscach, również na zewnątrz, w brudzie i pyle. Zresztą jakie to miało znaczenie, jeśli w tamtych czasach chirurdzy nie myli rąk, opatrunki trzymano na podłodze bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, gąbki służące do odciągania krwi często nie były nawet myte, a za „narkozę” służyły pęta, silne ramiona pomocników oraz cygaro włożone w odbyt…

Po przeczytaniu książki stanęła mi przed oczyma inna scena: zielona, sterylna sala krakowskiego szpitala klinicznego, kilkoro ludzi w maskach, długich kitlach i rękawiczkach oraz anestezjolog, z ust którego zdążyłam usłyszeć tylko „może się pani zakręcić w gło…”. Po przeczytaniu „Stulecia chirurgów”  aseptyka i anestezjologa stały się moimi ulubionymi słowami.

Jürgen Thorwald, Stulecie chirurgów, Znak


Autor: Ewelina Zambrzycka – Kościelnicka