TEATR: Co gryzie Michała Witkowskiego?

Barwny i wyrazisty polski pisarz przeczytał na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego we Wrocławiu fragmenty swojej nowej książki „Fynf und cfancyś”, skłaniając mnie do postawienia pytania, czy naturalność to trudna do utrzymania poza – pisze Michał Hernes.

Michał Witkowski to showman i performer pełną gębą. Przyglądając się spektaklowi w jego wykonaniu, zastanawiałem się, czy prawdą są słowa pisarza Chucka Palahniuka, że sztuka nigdy nie bierze się ze szczęścia. Polski celebryta – literat nie ukrywa, że inspiruje się książkami zarówno Amerykanina, jak i Doroty Masłowskiej. Dzieła tej drugiej okazały się dla niego o tyle istotne, że pokazały mu zupełnie nowe literackie rewiry, na które warto się otworzyć. Tak też zrobił.

Krzysztof Mieszkowski, który prowadził spotkanie z autorem „Lubiewa”, podkreślał, jak istotną rolę odgrywa giętkość języka, jakim posługuje się w swoich książkach Witkowski. Być może bohaterowie jego dzieł, nawet ci najbardziej hedonistyczni, popaprani i żądni przygód, tak naprawdę są zakamuflowanymi romantykami. Nie mam jednak stuprocentowej pewności. Ten literat jest dla mnie zagadką, przypominającą mi, że naturalność to trudna do utrzymania poza.

Istotę utworów autora częściowo oddają fragmenty „Fynf und cfancyś”, które przeczytał w poniedziałkowy wieczór w, wypełnionej po brzegi, Scenie Kameralnej Teatru Polskiego. Między „wierszami” rozbrajająco wyznał, że te spektakle za każdym razem wyglądają inaczej i pełno w nich improwizacji. Niczym Marcin Świetlicki, w dość ciekawy sposób operuje nieporządkiem w chaosie.

Krzysztof Mieszkowski wyraził nadzieje, że nadejdzie w końcu dzień, w którym ktoś zmierzy się z twórczością Witkowskiego na wrocławskich teatralnych deskach. Sam Witkowski wyjaśnił, że o ile jego dzieła bywają bardzo teatralne, to jednak słabo mu wychodzi pisanie dramatów. Szkoda, bo wciąż liczę, że doczekamy się w Polsce teatralnego arcydzieła na miarę „Aniołów w Ameryce”. Oby tylko kultura za bardzo się nie skomercjalizowała. Witkowski balansuje na cienkiej czerwonej linii.

Autor | Michał Hernes