Na Scenie Ciśnień w Capitolu widzieliśmy już niejedno. Duży wpływ na ten stan rzeczy ma Agata Duda-Gracz, która w styczniu tego roku rozpoczęła cykl „Improwizacje”. Zderza ze sobą ciekawe osobowości, artystów różnych szkół, teatrów, aktorów filmowych, serialowych i muzyków. I czeka aż się zdarzy. To, co najpiękniejsze. Poszukiwanie. 

Za każdym razem czuję to samo. Podskórny niepokój, który zwykle budzi mnie w ostatni poniedziałek miesiąca. Z tym niepokojem wchodzę służbowym wejściem do teatru, zjeżdżam windą, siadam na widowni i patrzę. Zapada mrok, później światła jaśnieją i dostaję impuls, że to już. Na ósme spotkanie reżyser zaprosiła Magdalenę Czerwińską, Ewelinę Kudeń-Nowosielską, Elżbietę Romanowską, Mikołaja Woubisheta, Huberta Jarczaka, Rafała Kronenbergera, Mariusza Ochocińskiego oraz w roli muzyka Marka Napiórkowskiego. Kombinacja wybuchowa i dająca pewność, że nudy nie będzie. Jak mówi pomysłodawczyni: wiem, że nie zawsze coś się zadzieje, choćbym na scenie umieściła najlepszych aktorów świata. A tu się zadziało. Mimo, iż ekipa widocznie podzieliła się na dwa obozy. Kobiety sobie, faceci sobie. Prócz muzyka, choć facet, to on nie sobie, on wszystkim po równo wydobywał płaczliwe i ciężkie dźwięki ze swej gitary. Pięknie kolorował. Dodawał pieprzu historiom, które się kleiły z kilku spotkanych emocji. Sam świetnie wpasował się w sytuację. Budował relacje i gładko mu to szło. Czerpał z partnerów, jak zawodowy aktor. Ale po kolei…zaczęło się od tego, że na scenie stały krzesła. Ustawione w krąg. Bez pośpiechu, zupełnie spokojnie usiedli naprzeciw siebie uczestnicy tego eksperymentu. Pierwszy, jak rakieta wystrzelił Kronenberger, który już do końca nie oddał prowadzenia. Inicjował wydarzenia, ponaglał, zachęcał, „pomagał”, choć wielokrotnie przeszkadzał w newralgicznych momentach. Gdy napięcie rosło, on przebijał ten balon emocji jednym słowem, jak szpilką.  Mikołaj Woubishet trafnie i błyskotliwie ripostował każdego, kto chciał w jakiś sposób mu zaszkodzić. Dwoił się i troił. Improwizował tak, jakby to robił każdego dnia na śniadanie, obiad i kolację. Trochę spokojniej niż poprzednicy wchodzili w tę dziwną opowieść Hubert Jarczak (mimo kontuzji i kul, na których się wspierał, nie poddawał się) i Mariusz Ochociński. Mieli swoje dobre momenty. Hubert Jarczak z Eweliną Kudeń – Nowosielską, a Mariusz Ochociński z Elżbietą Romanowską i Magdaleną Czerwińską. Był śmiech i były łzy. Takie w które się wierzy. Rozdzierające, jak tygrysa pazur antylopy plecy jest smutek człowieczy – pisał Edward Stachura. Takim pazurem rozdzierającym nie plecy, lecz moje serce był krzyk Eli Romanowskiej. Tym razem, to nie aktorzy, tylko ja wycierałam mokre oczy.

Tak naprawdę, bardzo trudno opowiedzieć linearną historię, z fabułą i dramaturgią, bo jej zwyczajnie nie było. Było natomiast kilka ważnych spotkań oko w oko, ramię w ramię, łza do łzy. Dzisiaj, po tym jak w zeszłym miesiącu sama stałam tam na scenie, zupełnie inaczej patrzę na proces pojawiania się więzi, kontaktu, bliskości. Choć wszyscy wypadli znakomicie, dało się odczuć, że jedni weszli głębiej, inni długo czekali na istotne dla nich momenty. Wiem, że nie jest ważne jak kto wypadł. To nie jest konkurs chopinowski. Ważne jest to, co kto wyniósł dla siebie. Jaką naukę.

Październikowe improwizacje były odmienne od poprzednich. Choć zasady się nie zmieniły. Aktorzy, jak zwykle dostali listy i mieli godzinę na przygotowanie się do wyjścia na scenę. Nie byli jednak, gotowi na fakt, że w liście ze wskazówkami będzie tylko jedno słowo. Przepraszam dwa. Jedno od Agaty Dudy-Gracz i jedno od Tomka Wesołowskiego, odpowiedzialnego za ruch sceniczny. Co można zrobić z jednym słowem? A co z dwoma? Okazuje się, że można bardzo dużo. Tym razem Improwizacja nie zamykała artystów w ścisłych ramach, była prawie otwarta.  No właśnie prawie. Prawie, to tylko jedno słowo. Jak: ból, nienawiść, opłakiwanie, spokój, agresja, euforia, pomoc. Tak, to tymi słowami reżyser określiła kierunek aktorskich poszukiwań. Na nich aktorzy bazowali. Było ciekawie. Intensywnie. Smutno i wesoło. Jak na egzaminie do szkoły teatralnej, kiedy to trzeba zagrać zsiadłe mleko. Na moje oko ten egzamin wszyscy zdali.

Autor | Sabina Misakiewicz

Zdjęcia | Marek Maziarz / BTW photographers