„Szklana menażeria” w reżyserii Jacka Poniedziałka, to rzecz wyjątkowa. Kaleczy i nie pozostawia złudzeń. Utwierdza w przekonaniu, że marzenia trzeba realizować, one same się nie spełnią.

[informacja color=”szary”]SZKLANA MENAŻERIA
REŻ. JACEK PONIEDZIAŁEK – TEATR im. JANA KOCHANOWSKIEGO[/informacja]

 

„Włóczyłem się – z rękoma w podartych kieszeniach,
W bluzie, co już nieziemską prawie była bluzą,
Szedłem pod niebiosami, wierny ci o Muzo !
Oh! la la! co za miłość widziałem w marzeniach !

Szeroką dziurę miały me jedyne portki,
W drodze, pędrak – marzyciel, układałem wiersze,
Na Wielkiej Niedźwiedzicy miałem swą oberżę,
A od mych gwiazd na niebie płynął szelest słodki.

Słuchałem gwiazd w te dobre wieczory wrześniowe,
Siedząc na skraju drogi, i czułem, że głowę,
Jak mocne wino, rosa kroplista mi rasza.

Lub gdy w krąg fantastycznych cieni rosły tłumy
– Jak gdybym lirę trącał, wyciągałem gumy,
Stopę mając przy sercu, z zdartego kamasza”.

Tymi słowami Sylwester Piechura, sceniczny Tom – otwiera spektakl. Wiersz napisany przez Rimbauda prosto z ust Piechury wystrzela w przestrzeń. Stratuje. W myślach widzę napis „Push the buton”. On go naciska. W sobie. I we mnie. Z kątów wyłażą strzępy wspomnień. Kadry z filmu. Okładka książki. Niewiele tego. Garść śmieci w pamięci długotrwałej, na dnie mózgowej szuflady. Z ciemności wyłania się postać. Jest. Na wyciągniecie ręki. Nieszczęśliwy Tom. Pięknie wykrojony światłem z ciemności sceny. Pięknie mroczny. Aktorsko do-sko-na-ły. Od niego wszystko się zaczyna. To on pierwszy sygnalizuje, że przyszliśmy tu na własną odpowiedzialność. Bo to nie będzie miłe spotkanie. Trudno zdradzać treść spektaklu, bo tu nie ma nic do zdradzania. Zapewne większość inteligentnych ludzi widziała film na podstawie genialnego dramatu Tennessee Williamsa. Nie należy jednak mieszać tych dwóch światów. Ten opolski jest namacalny. W jakiś niedookreślony sposób mi bliższy. Smutno-śmieszny. Gorzko-polski.

Bohaterów jest troje. Czwarty pojawia się na chwilę, by jeszcze mocniej podkreślić wyjątkowość tamtych. Tom jest tym pierwszym. Tym, który buntuje się przeciw schematom i skamieniałym normom społecznym. To nie dla niego: rano wstać, wypić kawę i iść do pracy, która nie daje satysfakcji, a jedynie możliwość zapłacenie czynszu. On nie lubi: wcześnie wstawać, kawy z mlekiem i ciasnoty umysłowej. Nie lubi swojej pracy, swojej matki i swojego życia. Kocha siostrę i za nią bierze odpowiedzialność. On marzy. O wolności. O przygodzie. O przestrzeni, której nie ma w mieszkaniu i hurtowni butów. On do kina lubi chodzić. I czytać. Jest trochę poetą. Nieszczęśliwym chłopcem z nosem w „chmurach”. W tej obrzydliwie prawdziwiej historii pierwsze skrzypce gra matka. Znakomita Grażyna Misiorowska. Czapki z głów przed talentem tej kobiety! W tym pilśniowym pałacu pragnie być panią, nie tylko swego losu. Niestety z marnym skutkiem. Jak smoczyca wiruje nad swoimi dziećmi. W spranej koszuli nocnej i wyliniałej podomce. Chce mieć ostatnie słowo. We wszystkim. W tym ile razy należy przeżuć każdy kęs wzięty do ust, ile dolać mleka bo czarna kawa jest niezdrowa i w tym, że aby być szczęśliwą należy mieć bogatego męża. Swoją toksyczną wonią zatruwa wszystko wokoło. Żałosna do granic wytrzymałości. Znakomita. Na tle dwóch silnych osobowości Matki i Toma wyróżnia się cicha, wycofana, kaleka siostra Laura (z konsekwencją i mądrością poprowadzona rola Izabeli Gwizdak). Bez szkoły, bez perspektyw, przyjaciół i miłości, o której marzy i do której tęskni. Całe dnie mijają jej w letargicznej wegetacji pomiędzy skrzeczeniem matki i narkotycznym, fascynującym ją szlajaniem się brata. Ona nie istnieje. Nie ma prawa głosu. Marzeń. Drobnymi gestami, ściszonym lękliwym głosem odsłania nam tajemnicę stłamszonej kalectwem, strachem i matką dziewczyny. Kobiety, która może czuć i chcieć. Jako kontrapunkt do tej „kulawej” rodzinki pojawia się Jim (Leszek Malec – dokładnie taki, jak powinien być, może odrobinę powinien podciągnąć wokal), kolega z pracy Toma. Ciepły i uroczy, ale racjonalny człowiek realizujący wyznaczone sobie cele. Dzięki niemu Laura na moment uwierzy, że jest coś warta. Jim, ten zagubiony meteor, jednak szybko wraca na właściwy tor zostawiając za sobą stłuczone marzenie o szczęściu.

Myślę, że dla Jacka Poniedziałka clou było przełożenie tekstu Tennessee Williamsa nie tylko w warstwie językowej. Przełożył go z pewnością też w warstwie emocjonalnej, przez swoje życie. Nie bez kozery na teatralnej ścianie salonu wisi zdjęcie jego ojca. A za kanapą fotografia ślubna rodziców. W dramacie Helmuta Kajzara „Paternoster” pada zdanie, że przychodzi taki czas w życiu każdego mężczyzny, kiedy powinien zabić swego ojca w sobie. Poniedziałek chyba zabił i matkę i ojca i siebie samego. Całe szczęście, że tym samym nie dokonał mordu na sztuce. Ma narzędzia i używa ich z rozsądkiem. Nie stawia sobie zakazów, ale i nie obcina rąk. Przeciwnie. Oglądając spektakl, miałam wrażenie, że obudził się w nim potwór, który ma ich więcej niż potrzebuje. Rozebrał bowiem rodzinny dramat w doskonale drobiazgowy sposób.

„Szklana menażeria” to spektakl, któremu wróżę długie życie. Choć biorąc pod uwagę sytuację Teatru Dramatycznego im. Jana Kochanowskiego w Opolu, zalecałabym reżyserowi szukanie innej przestrzeni dla tej sztuki.

Autor| Sabina Misakiewicz

31.10.2015

[informacja color=”szary”]

Tennessee Williams
SZKLANA MENAŻERIA
Przekład, reżyseria, opracowanie muzyczne: Jacek Poniedziałek
Scenografia: Michał Korchowiec
Światła: Katarzyna Łuszczyk
Choreografia: Łukasz Przytarski
Aranżacja piosenki: Andrzej Strzemżalski
Asystent reżysera: Sylwester Piechura
Mix: DJ Polak
Projekcje: Łukasz Kustrzyński
Inspicjent: Justyna Bartman
Zdjęcia: Krzysztof Bieliński

Obsada

Matka Amanda – Grażyna Misiorowska
Siostra Laura – Izabela Gwizdak
Kolega Jim – Leszek Malec
Tom – Sylwester Piechura

PREMIERA: 13 września 2014

Czas trwania: 120 min.

[/informacja]

*


Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU