TEATR: Miłość i szpada [RECENZJA]

„Trzej Muszkieterowie”, to pierwsza tak duża produkcja wyreżyserowana przez Konrada Imielę. To podróż w świat wartości, które niestety już dawno przestały mieć znaczenie. Tym samym historia ta stała się dla mnie smutniejsza niż być powinna – pisze Daniel E. Groszewski. 

[informacja color=”szary”]TRZEJ MUSZKIETEROWIE
REŻ. KONRAD IMIELA         –         TEATR MUZYCZNY CAPITOL
[/informacja]

Już pisząc zapowiedź do spektaklu zastanawiałem się na ile tak naprawdę można spoilerować „Trzech muszkieterów”. Nie podobna wydaje się sytuacja, w której znaleźć by kogoś, kto nie zna powieści Aleksandra Dumasa. Albo przynajmniej jej części. Mimo tego, albo właśnie może przede wszystkim dlatego, każdy z nas ma jakieś wyobrażenie, które wynika z oglądania licznych adaptacji. Jak się okazuje często całkiem mylne, bo twórcy nieraz już nadawali bohaterom cech, których ci nie mieli.

Taki Planchet, sługa d’Artagnana to trochę niedorozwój, który wciąż jest sprawcą zabawnych sytuacji. Tak przynajmniej o nim myślę, gdy widzę bohatera granego przez Bourvila. Wróć. Widziałem. Bo po premierze spektaklu w Teatrze Muzycznym Capitol, to już będzie Planchet Woubishet, znaczy się Mikołaj Woubishet grający Plancheta. To właśnie on jest narratorem opowieści. To on nieopierzonemu Młodzianowi, który go odwiedził w pracowni krawieckiej, opowiada zaskakującą historię o odwadze, honorze i przyjaźni…

Muszkieterowie zbiegli się u mnie z lekturą książki Magdaleny Grzebałkowskiej, „Beksińscy. Portret podwójny”. Już na pierwszej stronie przeczytałem:

 „Ostatnie jego słowa [Tomasza Beksińskiego – dop. red.] nagrane na taśmie [przed śmiercią – dop. red.]  mówiły o tym, jak bardzo rozczarował go świat, w którym przyszło mu żyć, i że pragnął zawsze żyć w innym świecie, gdzie reguły są proste, przyjaźń jest przyjaźnią

W takim świecie żył Planchet. O taki też później walczy. Każdy z nas, mam nadzieję, chyba o taki świat walczy. Z tą myślą wyszedłem z premiery… i już za chwilę wiadro zimnej wody wylało mi się na głowę. Mógłbym założyć, że to był przypadek. Mógłbym, tylko, że ja nie wierzę w przypadki. Wierzę, że jak coś się wydarza, to jest w tym głębszy zamysł. Myślę, że zdarzyło się, bym mógł bardziej docenić pracę scenarzystów: Konrada Imieli i Marka Kocota. Ich wybór i sposób, w jaki historię opowiedzieli. Zatem, cóż takiego się stało? A no właśnie… Czekając na artystów stałem się słuchaczem rozmowy grupy znajomych. Wśród nich brylował aktor „grająco-śpiewający”, który bezlitośnie rozprawiał się z przedstawieniem. W dość jednoznaczny sposób komentował poziom gry aktorów i piosenki, „nie podobało mi się to, nie podobało mi się tamto, zupełnie do mnie nie dotarło…” Właściwie nic mu się nie podobało. Jego rozmówcy kiwali ze zrozumieniem głowami. Wszystko zmieniło się, gdy pojawili się bohaterowie wieczoru. Aktor „grająco-śpiewający” zmienił się nie do poznania. Wyściskał kogo mógł, gratulował gry aktorskiej, piosenek i całości świetnego spektaklu. A ja, zniesmaczony całą sytuacją postanowiłem jak najszybciej się oddalić.

Długa zastanawiałem się, czy ta historia jest tylko dla mnie, czy powinienem się nią podzielić. Doszedłem jednak do wniosku, że ona nadaje „Trzem muszkieterom” nowej jakości. Nowego wymiaru, który w moim wypadku, dotyczy odbioru całej historii. A ona jest piękna. Poprowadzona przez Plancheta Woubisheta, jak po sznurku. Aż do wejścia na barykady. Aż do rewolucji. Na którą miałem ochotę pójść razem z nim i jego kompanami, w rytm pieśni:

„Wolność!
królowie, panowie, książęta
Równość!
niebieska krew wasza mać
Braterstwo!
zbyt wiele musimy pamiętać
Nie chcemy się bać!
Nie chcemy się bać!” 

A co do przedstawienia to nie zgodzę się z „grająco-śpiewającym”. Spektakl, trzeba przyznać  jest niezwykle barwny. Muzyka choć często nie jest najwyższej próby, to pieśni często łatwo wpadają w ucho. Genialny jest Tomasz Leszczyński w roli włoskiego śpiewaka Tomaso Abramisa. Choćby dla niego samego warto iść na Muszkieterów. Cały zespół wypada natomiast znakomicie. Choćby Adrian Kąca w „Religii” wysoko podnosi poprzeczkę, czy Przemysław Glapiński w songu „Nie pouczaj mnie”. Są też niestety słabsze momenty. W końcówce męczy ostatnia pieśń Milady. O ile cenię sobie umiejętności Justyny Szafran, o tyle mam wrażenie, że podrzucono jej zgniłe jajo. Finałową scenę zbiorową na premierze rozbiła natomiast solówka Młodziana – Michała Juraszka. Jego wejście wybiło mnie ze znakomitego nastroju, w którym serce rosło, rosło, rosło… i bęc! Rozbiło się na nietrafionych dźwiękach.

Mankamentem jest też czas trwania spektaklu. Dłuży się druga część. Mimo tego, iż oprócz głównych wątków widzimy, że chodzi o coś więcej niż tylko o historię trzech/czterech muszkieterów. Że chodzi o sposób w jaki traktowano służbę, zwykłych szarych ludzi, ciągnących ten cały przepych na swoich barkach, a na scenie wieże scenografii. Przekaz jest jasny, błękitna krew wasza mać, nie liczy się z niczym i nikim. A lud kiedyś powstanie. Już nie da sobą sterować, nie da sobą manipulować. To ostatnie podrygi władzy, która niebawem doprowadzi do to tego, że trup będzie ścielił się gęsto.

Kontrowersje wśród widzów budzi też scenografia Grzegorza Policińskiego. Nie wiem tylko dlaczego. Pomysł z wieżami wydaje się być trafionym w dziesiątkę. Ogromna scena Capitolu, ze swoimi możliwościami, zostaje dodatkowo wzbogacona o przestrzeń w której można biegać po schodach, wychylać się, albo pokazać scenę w małym pokoiku, która dzieje się w cieniu alkowy, tajemne spotkanie dwóch kochanków czy plan spisku. Przemieszczanie się wież po scenie oddaje Francje i mury domów z czasów Ludwika XIII. Ich rozsunięcie na boki sygnalizuje widzowi, że znaleźliśmy się w Anglii. Sztywność Anglików wobec kochliwych i rubasznych Francuzów zostaje też dodatkowo podkreślona przez specyficzny „slow-motion” na biało ubranej świty Buckinghama w scenie gry w tenisa.

Zachwyca Planchet w swojej bystrości umysłu i opowieści. Reaguje też żywo na to co się dzieje. Jest zupełnie inny niż słudzy pozostałych muszkieterów. Ale w odróżnieniu od wzorca, do którego przyzwyczaiły nas wcześniejsze adaptacje, nie jest ani pokraczny, ani niedorozwinięty. Choć razów dostaje od swojego pana d’Artagnana całkiem sporo, to jest niezwykle bystry, a czasami wręcz przebiegły. I choć nie jest on jednym z najważniejszych bohaterów historii, to jest najważniejszym bohaterem opowieści. To on opowiadając daje nam odczuć kto jest dobry, a kto jest zły. Z kim, dlaczego i po co, warto, bądź nie warto. Na koniec to właśnie on zarzuca swoim dawnym panom zdradę zasad. Staje na barykadzie i namawia ich do przyłączenia się. Spektakl tym samym stoi na trzech nogach: jedną z nich są muszkieterowie kontra Milady, drugą d’Artagnan i jego miłość do Konstancji, a trzecią Planchet ze swoją miłością do Francji i jej obywateli.

Idąc dalej i analizując poszczególne postaci zacznę od Milady. Mówi się, że Justyna Szafran dostała tę rolę po warunkach. Milady, kiedy chce jest urocza i miła, a kiedy potrzeba jest wulgarna i obcesowa. I to prawda. Brakuje mi w niej jednak odrobiny tajemnicy. No i może strój przydałby się jej, tak bardziej z XVII wieku, niż uwspółcześniony. Choć to jedyny zarzut wobec świetnych kostiumów Anny Chadaj.

Muszkieterowie, jak to faceci. Dobrze urodzeni. Każdy z nich ma coś za uszami, ale razem tworzą zgrane trio. Chciałem ich oglądać. Portos, co nie lubił się przemęczać, a rapier wyjmował w ostateczności, Atos ze swoją tajemnicą i skalanym nazwiskiem oraz Aramis, który wciąż nie może się zdecydować, czy być wojakiem i kochankiem czy księdzem.

Niezwykle prawdziwa w odbiorze była Konstancja Ewa Szlempo. Pełna ciepła i dobroci. Z głosem jak słowik. Niezadowolenie może wzbudzić jedynie wśród tych, którzy uważają, że w wieku XXI nie przystoi śpiewać, że… miejsce kobiety jest w kuchni. Jej kochanek d’Artagnan – chłopięcy i zawadiacki Piotr Bondyra jest jej dopełnieniem. Czuć, że jest między nimi chemia na scenie, już gdy śpiewają „Są sprawy ważniejsze”. Z kolei mąż Bonacieux Andrzej Gałła poprzez pewne przerysowanie ruchów scenicznych przypominał Luoisa de Funesa ze „Skąpca”. Zabawny i śmieszny w swojej głupocie na początku, później przechodzi przemianę.

Justyna Antoniak świetnie wypada fechtując i śpiewając. Bardzo wyrazista w roli żądnej zemsty Hrabiny de Winter. Znakomity, demoniczny Kardynał Richelieu – Błażej Wójcik i zakochany w sobie Król Ludwik XIII – Łukasz Wójcik. Oni na scenie właściwie są tym, kogo grają i nie sposób wyobrazić sobie kogoś innego w ich rolach. Dopracowany mają każdy, najdrobniejszy ruch. Nawet kiwanie małym palcem Łukasza Wójcika, czy podawanie dłoni do całowania kardynalskiego pierścienia przez Błażeja Wójcika.

Buckingam i Anna Austriaczka, to kolejna para kochanków. Królowa Magdaleny Wojnarowskiej bije na głowę wszystkie królowe świata. Jest delikatna i piękna. A dramat rozgrywający się między nią a ministrem Anglii podsyca jej głos. Buckingham Wojciecha Brzezińskiego jest bezkompromisowy, ale i romantyczny. Wierzę w każde wyśpiewane przez niego słowo, w jego oddanie Annie i w to, że jeszcze Wrocław o nim usłyszy.

Nie sposób zapomnieć o kapitanie de Treville Cezarym Studniaku i Rocheforcie Arturze Bocheńskim. To niewielkie role, ale jakże wyraziste. Chropawy głos Studniaka i takież usposobienie nadają mu prawdziwy żołnierski sznyt. Zaś Bocheński na tle innych zbójów kardynała prezentuje się idealnie.

Jest też wesoła kompanija Placheta, którą dopełniają pozostali słudzy: Grimaud (Atosa) Maciej Musiałowski, Mousqueton (Portosa) Michał Zborowski i Bazin (Aramisa) Bartosz Picher.

Została jeszcze Emose Uhunmwangho w roli karczmarki. Kto by pomyślał, że tak mała rólka będzie tak widoczna. I nie chodzi mi tylko o umiejętności wokalne.

Na koniec na dłużej muszę zatrzymać się jeszcze przy Ewelinie Adamskiej-Porczyk, która jako służąca Milady – Kitty, przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Dość powiedzieć, że wystarczyło by kiwnęła swoją piękną „kittką”, a już widownia zanosiła się od śmiechu. A kiedy zaśpiewała, to… wiadome było, że ma już serca wszystkich w kieszeni.

Chodzi jednak o to, jak mawiał klasyk, żeby plusy nie przysłoniły nam minusów. Wierzę, że spektakl będzie się rozwijał. Przyszedł teraz czas na poprawienie niedociągnięć (jak choćby oświetlenie sceny, a może nawet skróty z całości). Trzymam kciuki!

Autor | Daniel E. Groszewski

10.10.2015

– Zdjęcie | Marek Maziarz / BTW photographers

 

 


Teatr Muzyczny Capitol
Aleksander Dumas
TRZEJ MUSZKIETEROWIE
reżyseria: Konrad Imiela
scenariusz: Konrad Imiela i Marek Kocot
muzyka: Krzesimir Dębski
kierownictwo muzyczne: Krzesimir Dębski, Adam Skrzypek
scenografia: Grzegorz Policiński
kostiumy: Anna Chadaj
choreografia: Jacek Gębura
fechmistrz: Sylwester Zawadzki
choreografia pojedynków: Maciej Andrzej Maciejewski, Sylwester Zawadzki
reżyseria świateł: Tomasz Filipiak
projekcje: Tomasz Dobiszewski
audiosfera: Marek Otwinowski
reżyseria dźwięku: Krzysztof Borowicz, Łukasz Nowacki
asystent reżysera: Marta Dzwonkowska, Zofia Imiela

obsada

D’artagnan: Piotr Bondyra (gościnnie, Wrocławski Teatr Współczesny)
Atos: Przemysław Glapiński (gościnnie, Teatr Syrena)
Portos: Maciej Maciejewski
Aramis: Adrian Kąca
Milady: Justyna Szafran
Konstancja Bonacieux: Ewa Szlempo
kardynał Richelieu: Błażej Wójcik
król Ludwik XIII: Łukasz Wójcik
królowa Anna Austriaczka: Magdalena Wojnarowska
książę Buckingham: Wojciech Brzeziński (gościnnie, Teatr Ateneum)
pan Bonacieux: Andrzej Gałła
hrabina Winter: Justyna Antoniak
kapitan de Tréville: Cezary Studniak
Rochefort: Artur Bocheński
Planchet, służący d’Artagnana: Mikołaj Woubishet
Grimaud, służący Atosa: Maciej Musiałowski
Mousqueton, służący Portosa: Michał Zborowski (Studium Musicalowe Capitol)
Bazin, służący Aramisa: Bartosz Picher
Kitty, służąca Milady: Ewelina Adamska-Porczyk
wdowa Montreux: Bogna Woźniak-Joostberens
włoski śpiewak Tomaso Abramis / Felton: Tomasz Leszczyński
oberżystka / dama dworu: Emose Uhunmwangho
Młodzian: Michał Juraszek (Studium Musicalowe Sapitol)
Diuszesa de Vendome / Kolombina / matka przełożona: Małgorzata Fijałkowska
szambelanowa / dama dworu: Elżbieta Kłosińska
Eliza Brucieres / dama dworu: Maja Lewicka
Cahussac / pan Brucieres: Piotr Małecki / Mateusz Brenner (gościnnie)
Biscarat / arlekin: Jacek Marks (gościnnie) / Bartek Nowak (gościnnie)
dottore / diuk de Vendome: Jan Nykiel (gościnnie)
kapitan / żołnierz: Paweł Pater (gościnnie) / Paweł Adamus (gościnnie)
Jackson / Garront / sędzia / ksiądz: Michał Pietrzak (gościnnie)
Jussac / Pantalone / hrabia: Michał Szymański
szambelan / dworzanin: Tomasz Sztonyk
Jacek Skoczeń (gościnnie), Hubert Żórawski (gościnnie), studenci studium musicalowego capitol: Dorota Bzdyla, Karolina Sak, Malwina Stępińska, Katarzyna Szkudlarek, Angelika Wójcik, Filip Zaszewski
oraz Janusz Bartołd, Dobiesław Filipczak, Paweł Kuczek, Piotr Musiał, Maciej Panas, Wiktor Plesiński, Marek Smycz, Marek Sobczak, Krzysztof Straż, Marek Szot, Arkadiusz Szulc, Piotr Wojczek

orkiestra

Adam Skrzypek (dyrygent, gitara basowa), Dariusz Kaliszuk (perkusja, instr. perkusyjne), Jacek Berg (keyboard, akordeon), Maciej Mazurek / Marek Popów (gitary: elektryczna i akustyczna), Marek Kubiszyn / Aleksander Kobus (trąbka, flughorn), Marcin Wołowiec / Artur Tomczak (puzon, puzon basowy), Jakub Wojtaś (waltornia), Anna Pasić (harfa), Marcin Wróbel (klarnet, klarnet basowy, flet), Ewa Sobczyk (obój, rożek), Beata Wołczyk (i skrzypce), Magdalena Ksiądzyna / Anna Hajok / Andrzej Tulik (II skrzypce), Dariusz Wołczyk / Katarzyna Płachta (altówka), Urszula Kopijkowska / Emilia Danilecka (wiolonczela)

chór off

Pola Błasik, Anna Malek / Ewa Niemotko, Maciej Kulmacz

PREMIERA: 10.10.2015
czas: około 240 minut [1 przerwa]

*