Terry Pratchett: „Mort” [RECENZJA]

Kolejny tydzień i kolejna książka za mną, jeszcze wiele przede mną. Tak jak obiecałem ostatnio, przeczytałem “Morta” Terry’ego Pratchetta. Książka ta (jedna z wielu ze Świata Dysku) jest pierwszym tomem cyklu o Śmierci, gdzie poznajemy tę postać i jego przybraną rodzinę – pisze Robert Plesowicz, kontynuujący walkę z kanonem fantasy Sapkowskiego.

W pierwszej recenzji pisałem, że nie będę brał się za te znane pozycje: pominę „Władcę Pierścieni”, „Opowieści z Narnii” czy „Harry’ego Pottera”. Niektórzy pewnie powiedzą, że Świat Dysku też jest znany i pewnie będą mieli rację, ale według mnie nie jest tak mocno zakorzeniony w naszej kulturze jak trzy wymienione wcześniej cykle. Mogę się mylić, ale i tak przybliżę serię na łamach Dzielnic.

Uniwersum stworzone przez Pratchetta jest ogromne. Mam na myśli liczbę książek, jaka się na nie składa, bo jest ich aż czterdzieści jeden. Nie będę się tu rozpisywał, jak należy je czytać czy od czego zacząć; raz, że panuje tu pewna dowolność, dwa, w Internecie można znaleźć sporo poradników, jak to zrobić.

“Mort” nie jest pierwszą książką ze Świata Dysku, którą czytałem. Mam tutaj pewien problem, bo z tymi innymi pozycjami zapoznawałem się dość dawno temu i nie do końca pamiętam, które to były. Poza paroma przebłyskami dotyczącymi postaci i urywków fabuły wiele zapomniałem, co w sumie dobrze się składa, bo przed napisaniem kolejnej recenzji książki Pratchetta, będę musiał tę książkę odświeżyć. Co, napiszę już teraz, sprawi mi dużą przyjemność.

Spotkałem się z opinią, że książki Pratchetta (te ze Świata Dysku) albo się kocha, albo nienawidzi. Nie skłaniałbym się do tak skrajnych ocen, niemniej nie każdemu spodoba się styl autora, a trzeba powiedzieć, że Pratchett stworzył tę serię, by trochę wyśmiać fantasy i jej pompatyczność. Nie znajdziemy tu heroicznych bohaterów, podniosłych przemówień, poświęcenia życia czy tym podobnych rzeczy znanych z high fantasy. Chociaż… Może inaczej, znajdziemy, ale nie będzie to wyglądało tak, jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Podam mały przykład:

Na scenę wkracza Śmierć, opatulony (tak, to on, nie ona) w czarny płaszcz, zsiada z białego wierzchowca, spod kopyt którego krzeszą się iskry, a noc robi się jeszcze ciemniejsza. Kroczy w stronę głównego bohatera, idzie dostojnie, a dookoła panuje głucha cisza. Śmierć roztacza aurę mroku i grozy, aż włos się jeży… po czym wywija orła na zamarzniętej kałuży krzycząc: “A NIECH TO!”.

To jeden z mniej zabawnych fragmentów, ale dobrze oddaje to, co mam na myśli. U Pratchetta panuje absurd, humor jest świetny, groteska macha do nas z każdej strony, a opisy, które serwuje nam autor przeważnie są powalające, i jeśli ktoś przynajmniej kilka razy nie wybuchnie śmiechem, to nie wiem, co jest nie tak z jego poczuciem humoru.

Inni goście nie zwracali na nich uwagi, nawet kiedy Śmierć oparł się wygodnie i zapalił pięknie rzeźbioną fajkę. Ignorowanie kogoś, komu dym wypływa przez oczodoły, wymaga pewnego wysiłku, wszystkim jednak się to udawało.

Głównym bohaterem jest chłopiec o imieniu Mort, pochodzący z biednej rodziny. Wraz ojcem wyrusza na targ, by nająć się na terminatora, jednak nie przypuszczał, że jego mistrzem zostanie Śmierć. Chłopak, mimo że pochodzi z ubogiej rodziny, jest ciekaw świata i z pewnością nie ma zamiaru spędzić życia na produkcji wina.

Alternatywna wersja okładki

Mort daje się polubić od pierwszych wersów. Pokazuje, że serce ma po właściwej stronie, tylko czasem brakuje mu obycia tu i ówdzie, ale zdecydowanie jest bohaterem, za którego trzymamy kciuki. Mimo to przedstawienie kradnie oczywiście sam Śmierć, który zmęczony swoim “życiem” (ten absurd), postanawia zapoznać się z rozrywkami śmiertelników, z czego wynika wiele zabawnych, ale i niebezpiecznych sytuacji.

Książkę polecam wszystkim, nawet miłośnikom high fantasy, bo przecież czasem przyda się odrobina odpoczynku i spojrzenia na to wszystko z innej strony.

W następnym tygodniu dokończę cykl Corwina w “Kronikach Amberu”.

Do przeczytania!

Autor | Robert Plesowicz


WCZEŚNIEJSZE RECENZJE: